Visualizzazione post con etichetta polityka. Mostra tutti i post
Visualizzazione post con etichetta polityka. Mostra tutti i post

mercoledì 21 maggio 2014

Kampania we Włoszech: Przeklęte euro!

 KRYTYKA POLITYCZNA

 http://www.krytykapolityczna.pl/artykuly/wybory-europy/20140519/kampania-we-wloszech-przeklete-euro

„Jak wygramy wybory, to podrzemy pakt fiskalny przed nosem Merkel!”, obiecuje na wiecach Beppe Grillo, lider Ruchu Pięciu Gwiazd.
José Manuel Barroso, szef Komisji Europejskiej, wyraził opinię, że nadchodzące wybory do Parlamentu Europejskiego mogą zmienić się w „festiwal niechęci i zarzutów wobec Unii Europejskiej”. Włochy pod tym względem nie odbiegają od reszty UE, gdzie francuski Front Narodowy, Wolnościowa Partia Austrii, Duńska Partia Ludowa, Partia Niepodległości Zjednoczonego Królestwa w Wielkiej Brytanii, Jobbik czy grecki Złoty Świt i Syriza zdobywają coraz większe poparcie. We Włoszech co najmniej trzy partie, które mogą wejść do Europarlamentu, prowadzą kampanię w duchu eurosceptyzmu: Ruch Pięciu Gwiazd, Liga Północna i Inna Europa z Tsiprasem.


Zmiany, zmiany

Włoska scena polityczna zmieniła się diametralnie, mimo że ostatnie wybory parlamentarne odbyły się zaledwie rok temu, w lutym 2013.

Partia Demokratyczna ma nowego lidera, który od trzech miesięcy jest również premierem Włoch. Młody, zaledwie 39-letni Matteo Renzi uskrzydlił włoską lewicę demokratyczną, zyskującą coraz większe zaufanie i poparcie wyborców. Stał się nadzieją na realne, choć powolne zmiany i stabilizację kraju. Ci, którzy wierzą, że od euro nie ma odwrotu i że Włochy oraz Europa wyjdą wreszcie z kryzysu, w nadchodzących wyborach oddadzą głos właśnie na PD.

Prawica rządzona blisko dwadzieścia lat przez Silvia Berlusconiego jest dziś rozbita i zdezorientowana po tym, jak ostateczny wyrok za oszustwa podatkowe uniemożliwił magnatowi telewizyjnemu skorzystanie z czynnego prawa wyborczego. Zamiast kandydować na pierwszym miejscu listy wyborczej do Europarlamentu, 77-letni Berlusconi musi się teraz poddać resocjalizacji, pracując w domu opieki społecznej dla osób starszych.

Pośrodku pojawił się 66-letni Beppe Grillo i jego Ruch Pięciu Gwiazd. Tak jak przed rokiem w wyborach parlamentarnych, tak i w tych europejskich – partia komika, który stał się politykiem, stanowi największą niewiadomą. „Grillowcy” jak magnes przyciągają do siebie wszystkich niezadowolonych, sfrustrowanych, zdesperowanych – czyli zarówno lewicowych, jak i prawicowych wyborców, którzy mają dość kryzysu, tradycyjnej polityki zmieniającej tylko twarze, biurokratycznej Unii Europejskiej zmuszającej Włochów do zaciskania pasa i przypominającej o ich gigantycznym długu publicznym, a przede wszystkim euro. Wspólna europejska waluta stała się we Włoszech prawdziwym kozłem ofiarnym. Partia Grilla nie stoi po żadnej stronie sceny politycznej i także po wejściu do Parlamentu Europejskiego chce mieć wolne rące.

Typową prawicową antyeuropejską retorykę, i to w duchu ksenofobicznym, prezentuje już od lat Liga Północna. Liga należy w PE do frakcji Europa Wolności i Demokracji, której przewodzi znany brytyjski polityk Nigel Farage. Program Ligi, założonej przez Umberta Bossiego w 1989 roku, niewiele się zmienia, choć zmieniają się jej przywódcy – aktualnie jest nim Matteo Salvini. Partia deklaruje niechęć wobec traktatu lizbońskiego. Popiera włoskie ruchy secesjonistyczne, które chcą rozdziału Północy od Południa i utworzenia Wolnej Padanii, a od euro wolałaby własną padańską walutę. Liga walczy również z nielegalną imigracją. Cała jej kampania wyborcza opiera się na zatrzymaniu operacji humanitarnej Mare Nostrum, prowadzonej przez włoską Marynarkę Wojenną i mającą w praktyce na celu ratowanie imigrantów tonących w Cieśninie Sycylijskiej. Problem, z którym Unia Europejska pozostawiła nadal Włochy całkowicie same.

Prawdziwym fenomenem tych wyborów europejskich miała być Inna Europa z Tsiprasem – włoska lista popierająca kandydaturę greckiego polityka Aleksisa Tsiprasa na przewodniczącego Komisji Europejskiej. Inna Europa z Tsiprasem połączyła we Włoszech wszystkie ugrupowania skrajnie lewicowe, od byłych komunistów po radykalnych antyglobalistów oraz Zielonych. Lista wyborcza powstała 17 stycznia 2014 roku w konsekwencji listu otwartego opublikowanego w historycznej lewicowej gazecie „Il Manifesto”, podpisanego przez włoskich intelektualistów. Program polityczny Innej Europy przewiduje rewizję paktu fiskalnego i opodatkowanie transakcji finansowych, kładzie też nacisk na ekologię. Choć wystawiła znanych we Włoszech kandydatów (np. Barbarę Spinelli, Giulianę Sgrenę, Moniego Ovadię, Curzia Maltese, Lucę Casariniego) i otrzymała poparcie wielu osobistości ze świata polityki i kultury, włoscy lewicowi wyborcy preferują bardziej radykalnego Grillo.

Ostatecznie o sukcesie lub porażce włoskich eurosceptyków przesądzą niezdecydowani, którzy w ostatnim momencie pójdą do urn.


Zapowiada się niska frekwencja

Jednym z najpoważniejszych wskaźników eurosceptyzmu Włochów są sondaże dotyczące frekwencji w nadchodzących eurowyborach – może się ona wahać od 58% do 49%. Oznacza to, że blisko połowa mieszkańców Italii woli pojechać 25 maja za miasto, niż udać się do urn. Tak niskiego zainteresowania przyszłością UE jeszcze nigdy nie odnotowano.

Z kolei sondaże dotyczące preferencji wyborców mogą okazać się mylne, a w niektórych przypadkach nawet zgubne – zwłaszcza że są wykonywane przez różne instytuty badania opinii publicznej i ich wyniki różnią się od siebie. Według badań IPSOS, jednego z najbardziej popularnych włoskich instytutów, przeprowadzonego na dwa tygodnie przed wyborami (prawo włoskie przewiduje 14-dniową ciszę przedwyborczą), Partia Demokratyczna uzyskałaby 33,8%, Ruch Pięciu Gwiazd – 23%, Naprzód Włochy (nowa-stara partia Berlusconiego) – 19,5%, koalicja nowej centroprawicy, która opuściła Berlusconiego – 6,4%, Liga Północna – 5,5%, koalicja Prawicy Narodowej – 4%, a Inna Europa z Tsiprasem zaledwie 3%, co nie pozwoliłoby jej przekroczyć progu wyborczego. IPSOS szacuje, że Włochów, którzy nie zdecydowali jeszcze, na kogo zagłosują, jest 11,2%.

Tuż przed zamknięciem sondaży pojawiły się jednak też badania oceniające, że Partia Demokratyczna osiąga nawet 38%, oraz takie, które wskazywały, że Grillo dogania Renziego, a wręcz go prześciga. W tej sytuacji trudno się dziwić, że im bliżej wyborów, tym głośniej we Włoszech się krzyczy, obraża i wyśmiewa przeciwników.


Grillo idzie jak burza

„Jak wygramy wybory do Europarlamentu, to podrzemy pakt fiskalny przed nosem Merkel!”, obiecuje Beppe Grillo na każdym wiecu, odgrażając się, że Włochy wyjdą z unii walutowej i wprowadzą walutę narodową. „Skazańcy do więzienia, a nie do domu starców!” – tak z kolei lider Ruchu Pięciu Gwiazd wyzłośliwia się pod adresem Berlusconiego. Beppo nazywa go też „karłem politycznym”. Najwięcej jadu wypluwa jednak na obecnego premiera: „Renzi jest chory i niebezpieczny, jak wszyscy synowie bankierów i masonów. To dziecko Trojki”. To właśnie nowy „premier w krótkich spodenkach” – a nie stary „premier bunga-bunga” – stał się jego największym politycznym wrogiem.




Beppe Grillo (fot. Wikimedia Commons)

„Okropny potwór krąży po Europie. Kto miał z nim do czynienia, skończył w ubóstwie. Całe narody stały się dłużnikami jednego banku – EBC. Jak nie płacisz, zamiast bossa mafijnego haracz pobiera Trojka. Europa polityczna stała się koszmarem finansowym. O naszym życiu decydują inni. To Europa surrealistyczna, śmieszna, nie do zniesienia” – takie było przesłanie kilku płatnych przedstawień o Unii Europejskiej, które w kwietniu komik z Genui dał w największych włoskich miastach. W ten sposób rozpoczęła się kampania Ruchu Pięciu Gwiazd do Parlamentu Europejskiego. Towarzyszyły jej uliczne wiece, na których Grillo krzyczał już za darmo. Przyniosło to efekty – dziś ponad 40% Włochów uważa, że zbiednieli własnie przez euro i że powinni wrócić do waluty narodowej, aby odzyskać „niepodległość” finansową, która pozwoliłaby im drukować pieniądze, nie przejmując się inflacją i nadal zaciągać kredyty. Grillo nie jest jednak pierwszy – o wyjściu ze strefy euro zaczął mówić Berlusconi, wyczuwając nastroje swoich rodaków.

Nawyraźniej Włosi już nie pamiętają, jak sami wprowadzili euro – od 1 stycznia 2002 roku praktycznie zrównując z nową monetą stare 1000 lirów i podwajając ceny. Nikt też nie mówi o tym, że wielki włoski przemysł prywatny był przez lata finansowany przez państwo, które zadłużało w tym celu swoich obywateli. Włosi wolą przeklinać euro.


Renzi wiele obiecuje, ale czy dotrzyma słowa?

Najmłodszy szef rządu w historii Włoch też ma ostry język: „Grillo to populista i szakal demokracji! Berlusconi i Grillo to dwie strony tego samego medalu. Garstka eurosceptyków może wejść do PE, ale oprócz kilku happeningów nic nie zrobi".

Po raz pierwszy w Italii pojawił się lider lewicy, który potrafi sprostać Berlusconiemu pod względem medialnym. I nie tylko.

Matteo Renzi wiele obiecuje – na przykład podwyżkę 80 euro na miesiąc, która w dzień po wyborach ma trafić do kieszeni 10 milionów włoskich pracowników, a w przyszłości ma dotyczyć także osób zatrudnionych na umowy tymczasowe, umowy śmieciowe, emerytów, a nawet bezrobotnych. Skąd weźmie na to pieniądze i czy wystarczą one na pokrycie obietnic przedwyborczych – okaże się po wyborach. Batalia pomiędzy komikiem z Genui i „idiotą z Florencji” (jak Renziego nazywa ten pierwszy, używając neologizmu „ebetino di Firenze”), tocząca się najczęściej na Twitterze lub na blogu Beppe Grillo, dotyczy wielu włoskich problemów: od poważnych rozrób na stadionach i przed meczami piłkarskimi do nowej wielkiej afery korupcyjnej dotyczącej Expo 2015 w Mediolanie, w którą są zamieszani menadżerzy państwowej spółki kierującej pracami.



Matteo Renzi (fot. Il Fatto Quottidiano, CC, Flickr.com)


Nie można zrozumieć surrealistycznej atmosfery we Włoszech przed wyborami europejskimi, jeśli nie nie zrozumie się, jakiego dna sięgnął ten kraj w ostatnich latach. Co prawda agencje ratingowe Fitch i Moody's potwierdziły w ostatnich miesiącach, że recesja we Włoszech się skończyła, ale ISTAT – włoski główny urząd statystyczny – ochłodził 15 maja wszelki entuzjazm. W porównaniu z sytuacją sprzed sześciu lat włoskie PKB zmalało o 9,2%, a PKB per capita o 11,5% – czyli Włosi stali się ubożsi o 2900 euro na głowę, wracając do stanu zamożności z 1996 roku. Produkcja przemysłowa spadła o 24,6%, do poziomu z 1986. We Włoszech upadło 9 tysięcy przedsiębiorstw liczących ponad pięćdziesiąt lat działalności. Oznacza to, że jedna na cztery z historycznych firm musiała zwolnić pracowników. Przeciętna włoska rodzina wydaje na podstawowe potrzeby mniej o 5037 euro.

Bezrobotnych jest już 7,3 miliona – dwa razy więcej niż sześć lat temu. 53% młodych ludzi pracuje na umowach śmieciowych, a 42,3% w ogóle nie ma pracy. Podwoiła się również liczba ubogich, których jest dziś aż 4,8 mln.

Włochy pobiły absolutny rekord długu publicznego – wynosi on ponad 2 biliony euro i w pierwszym semestrze 2014 roku wzrósł do 130,8% PKB. Pomimo wysiłków nowego premiera, ocenianych pozytywnie w Brukseli, włoski rząd będzie miał trudności z ustaleniem deficytu budżetowego na poziomie 2,9%, zgodnie z wymogami Komisji Europejskiej i Europejskiego Banku Centralnego. Nie ma szans na to, aby Włochy spełniły wszystkie wymogi paktu fiskalnego. Premier Renzi chce go renegocjować, Grillo – zwyczajnie podrzeć.

Biedni Włosi przed eurowyborami powtarzają jedno: Maledetto euro!


Agnieszka Zakrzewicz – dziennikarka, mieszka w Rzymie. Nakładem wydawnictwa Czarna Owca ukazały się dwa tomy jej krytycznych rozmów o współczesnym Kościele katolickim, „Głosy spoza chóru” i „Watykański labirynt”.


Czytaj także:
Kampania w Hiszpanii: Nadejdzie Europejska Wiosna?

sabato 1 febbraio 2014

Jak żyć bez Berlusconiego... czyli na co cierpi włoska lewica?



Czy włoska lewica będzie potrafiła sprostać wielkiemu wyzwaniu jakim jest zmierzch Silvio Berlusconiego? Dziś Włochy mają poważny problem - nie są to "kłopoty" prawne byłego prawicowego premiera, lecz brak jedności jego przeciwników i nieumiejętność wyłonienia lidera, który zdoła rządzić krajem. Tegoroczna jesień w słonecznej Italii może być bardziej gorąca politycznie niż upalne lato.

Po zapadnięciu definitywnego wyroku skazującego na 4 lata za oszustwa podatkowe, były premier Silvio Berlusconi znajduje się w najtrudniejszym i najdelikatniejszym momencie swojej kariery politycznej. Dzięki różnym ustawom, które zostały przygotowane "na miarę" i przegłosowane za jego długich rządów, Berlusconiemu grozi tylko rok aresztu domowego lub pracy społecznej, gdyż trzy lata wyroku "anulowały się" dzięki amnestii z 2006. Nam Polakom trudno to zrozumieć, ale we Włoszech takie rzeczy są możliwe... To jednak dopiero początek, bo nad liderem włoskiej prawicy wiszą jak topór kolejne orzeczenia sądowe w związku z aferą Rubygate oraz nowy proces dotyczący przekupstwa politycznego, które doprowadziło do upadku rządu Prodiego.
Magnat telewizyjny ma już 77 lat, więc w żadnym wypadku nie trafi nigdy do więzienia. Nie grozi mu natychmiastowa utrata praw publicznych na pięć lat, bo sąd kasacyjny nakazał powtórne rozpatrzenie tej części werdyktu drugiej instancji.
W rezultacie najbogatszemu człowiekowi Włoch zagraża jedno: nie będzie mógł uprawiać polityki - a dla Berlusconiego i dla jego partii to oczywiście najsroższa kara.
W wyniku tzw. "ustawy Severino", uchwalonej rok temu za rządów Mario Montiego, do włoskiego parlamentu nie mogą kandydować osoby skazane definitywnie na więcej niż dwa lata więzienia. Berlusconi został "wyrokowcem" pełniąc funkcję senatora. Najpóźniej do końca października do Senatu wpłynie nakaz wykonania wyroku i będzie on musiał przegłosować uchylenie lub utrzymanie immunitetu Silvia B.
Najważniejszą rolę w tym historycznym akcie odegra Partia Demokratyczna, której członkowie dziś wchodzą w skład koalicyjnego rządu wraz z przedstawicielami berluscońskiego Ludu Wolności. Jeżeli jej parlamentarzyści zagłosują za utrzymaniem immunitetu, uznając, że ustawa nie może działać retroaktywnie, we Włoszech dojdzie do bezprecedensowego konfliktu pomiędzy polityką a niezawisłym wymiarem sprawiedliwości. Jeżeli go uchylą - PD wejdzie w konflikt z PDL, co najprawdopodobniej doprowadzi do upadku rządu Enrico Letty i nowych wyborów. Nie wiadomo tylko kiedy to nastąpi, z czyjej winy i komu się to będzie opłacać?
Silvio Berlusconi dał słowo, że on tym razem "nie wyłączy prądu", tak jak zrobił to  Mario Montiemu.
Włoska polityka to aktualnie wielka szachownica, na której rozgrywa się bardzo skomplikowana partia. Król został zaszachowany i nie wiele brakuje do mata, no chyba, że znów będzie pat...

Wojna wewnątrzpartyjna

"Miejmy nadzieję, że interesy kraju przeważą nad interesami osobistymi" - Enrico Letta, nowy lewicowy premier zignorował kompletnie problemy prawne Berlusconiego, komentując wyrok tym jednym zdaniem. Aktualny przewodniczący PD - były związkowiec Gulielmo Epifani, który ma za zadanie kierować partią po dymisji Pier Luigiego Bersaniego aż do Kongresu, stwierdził: "Wyroki sądowe należy szanować i respektować". Matteo Renzi - prezydent Florencji, mający ambicję zostać liderem centrolewicy oraz przyszłym premierem Włoch, przed wydaniem orzeczenia trybunału w Mediolanie "kibicował" Berlusconiemu, jakby to był mecz piłkarski, a nie postępowanie karne.
W PD rośnie jednak grono niezadowolonych, którzy nie chcą współrządzić z "wyrokowcem" i nie popierają koalicji z jego partią, uważając, że to zdrada wyborców, choć dali rządowi Letty wotum zaufania ze względu na dobro i jedność własnej partii. Lewicowych dysydentów reprezentuje Giuseppe Civati - młody, inteligentny, rozgadany, aczkolwiek jeszcze zbyt mało zaprawiony w makiawelistycznych wybiegach, aby walczyć o przywództwo i poważną rolę na włoskiej scenie politycznej. To on skupia wokół siebie   nowe pokolenie osieroconych zwolenników Bersaniego, który wolał podać się do dymisji, niż rządzić wspólnie ze swoim politycznym wrogiem.
Niestety to właśnie za błędy Bersaniego płaci dziś słono włoska centrolewica - choć starszy lider wygrał prawybory z młodszym Renzim, nie potrafił jednak sprostać Berlusconiemu. Zlekceważył doświadczenie medialne i propagandowe swojego przeciwnika, ufał własnym sondażom dającym mu pewne zwycięstwo, nie potrafił zbudować szerokiej lewicowej koalicji (tak jak swego czasu zrobił to Romano Prodi) i przede wszystkim przecenił ugrupowanie Beppe Grillego, z którym za wszelką cenę chciał stworzyć rząd. Wprawdzie PD wygrała lutowe wybory polityczne, ale okazały się one dla niej wielkim fiaskiem (Bersani uzyskał 29,53% głosów, Berlusconi 29,18%, Grillo 25,09%) i zmusiły do układów z Ludem Wolności.
Partito Democratico jest dziś jak smok wielogłowy, który w wewnętrznej walce o lidership i odnowę pokoleniową, gryzie siebie samego i pożera własny ogon. Ostateczna rozgrywka o przywództwo partyjne i załatwienie wewnętrznych porachunków została odłożona do Kongresu oraz nowych prawyborów. Zasady współzawodnictwa wewnątrzpartyjnego mają zostać ustalone 20 i 21 września na posiedzeniu Rady Krajowej. Prawybory włoskiej lewicy są przewidywane wstępnie na 24 października b.r.
To będzie bardzo gorący moment, gdyż wyrok na Berlusconiego się już uprawomocni i będzie musiał zostać wyegzekwowany.

Matteo Renzi czyli idzie nowe

W tej sytuacji jedynie Matteo Renzi wydaje się najbardziej wyrazistym politykiem centroprawicy, zdolnym zagrozić Berlusconiemu. Ma 38 lat - jest więc bardzo młody, jak na polityczną średnią Włoch, gdzie u władzy utrzymują się siedemdziesięciolatkowie. Niezwykle ambitny i innowacyjny. Karierę polityczną rozpoczął w liceum, w latach dziewięćdziesiątych tworzył w Toskanii komitety Prodiego, w okresie 2004-2009 był prezydentem Prowincji Florenckiej, a od czterech lat jest prezydentem jednego z najpiękniejszych włoskich miast. Florentczycy go doceniają i kochają. Prowadzi politykę obywatelską ukierunkowaną na waloryzację i ochronę zabytków (ograniczenia nowej zabudowy w centrum, zamknięcie ruchu samochodowego i uprzywilejowanie ekologicznych środków transportu, rewitalizacja miejska), wprowadził pełną przejrzystość finansową (budżet, przychody i wydatki urzędu miasta są publikowane w internecie) oraz zmniejszył ilość osób zatrudnianych w administracji i spółkach miejskich, a opłacanych z kieszeni podatników.
W 2010 roku Matteo Renzi stanął na czele wewnątrzpartyjnego ruchu "złomiarzy" (od włoskiego rottamazione - złomowanie), domagającego się wymiany pokoleniowej na najwyższych szczeblach Partii Demokratycznej i odejścia starych działaczy. Wraz z Giuseppe Civatim i Deborą Serracchiani zorganizował we Florencji zjazd reformatorski, w którym brało udział ponad 6000 uczestników - inicjatywa, która poszła w niesmak historycznym liderom, stając się jednocześnie dla nich alarmem ostrzegawczym. Jego największymi przeciwnikami stali się Massimo D'Alema i Rosi Bindi. Renzi stworzył też swoją fundację o wymownej nazwie "Big Bang", mającą za cel doprowadzenie do wewnętrznych przemian w PD i zdobycia przez lewicę Pałacu Chigi (siedziba włoskiego rządu).
Trzy lata temu, prezydent Florencji - jako jedyny polityk włoskiej lewicy - udał się na kolację z Berlusconim, do jego prywatnej wilii w Arcore. Choć, jak twierdził później - spotkanie miało charakter instytucjonalny na szczeblu administracyjno-rządowym - to przyspożyło mu ono wiele krytyk i do dziś wzbudza podejrzenia lewicowych wyborców.
W grudniu 2012 roku, Renzi ogłosił po raz pierwszy swój udział w prawyborach, mających wyłonić sekretarza partii i kandydata na premiera. W pierwszej turze uplasował się jako drugi, wygrywając z Nichim Vendolą i zdobywając wiele głosów w tradycyjnie komunistycznych regionach Włoch - Toskania, Umbria i Marche. W drugiej turze przegrał z Pier Luigim Bersanim (39,1% do 60,9%). Pomimo to lojalnie prowadził z nim później kampanię przedwyborczą i otwarcie poparł go w lutowych wyborach politycznych.
Dymisja Bersaniego znów otworzyła Renziemu drogę do przywództwa w PD, a przede wszystkim do ubiegania się o kandydaturę na stanowisko premiera. We własnej partii ma licznych wrogów, którzy chcą mu utrudnić lub wręcz uniemożliwić demokratyczne współzawodnictwo, widząc że wzrasta jego popularność wśród wyborców. Rośnie jednak także i umacnia się ugrupowanie jego zwolenników. To powód, dla którego Partito Democratico nie wyznaczyło jeszcze daty swojego kongresu oraz definitywnej daty prawyborów i ich zasad. Rada polityczna nie może się dogadać, czy tak, jak do tej pory przewodniczący partii automatycznie ma być kandydatem na premiera, czy może lepiej te funkcje rozdzielić. Jest to powodowane strachem, o to, że w przypadku zwycięstwa Renziego, cały centrolewicowy aparat polityczny może trafić w ręce "złomiarzy", a stara klasa polityczna pójdzie prosto na szrot.

Narzędzie w ręku Berlusconiego

Matteo Renzi jest za znalezieniem jakiegoś instytucjonalnego rozwiązania (dożywotnie senatorstwo lub amnestia), które wybawi Berlusconiego raz na zawsze z kłopotów z prawem i pozwoli mu godnie opuścić scenę polityczną. Uważa, że lidera prawicy, na którego głosowało ponad 10 milionów Włochów należy pokonać w wyborach, a nie wyrokami sądu. W swoim pragmatycznym podejściu do węzła gordyjskiego, który bez wątpienia dla Włoch stanowią procesy Silvia B., Renzi zapomina o tym, o czym jednak nie może zapomnieć spora część jego potencjalnych wyborców - były prawicowy premier został osądzony nie za swoje poglądy polityczne, lecz za pospolite przestępstwa, których dokonał jako biznesmen, zanim wszedł do polityki.
Również program polityczny proponowany przez prezydenta Florencji, trąci bardziej neoliberalizmem niż socjalliberalizmem. Renzi zresztą nie ukrywa, że chce zdobyć poparcie polityczne i głosy, nie skrajnej lewicy lecz rozczarowanych wyborców Berlusconiego. Dofinansowania i ulgi dla drobnego biznesu, liberalizacje gospodarcze, utrzymanie elastyczności rynku pracy, ale także obniżenie podatków dla osób fizycznych, obcięcie wydatków publicznych, tworzenie miejsc pracy dla kobiet i budowa żłobków, co ma pozwolić im wrócić jak najszybciej do aktywności zawodowej, a przede wszystkim zmniejszenie lub całkowite zniesienie dofinansowania publicznego dla partii politycznych - oto dziwny miks idei programowych, który utrudnia jednoznaczną klasyfikację naczelnego włoskiego "złomiarza" po lewej lub prawej stronie sceny politycznej.
"Renzi realizuje nasze pomysły pod szyldem PD" - powiedział podczas ostatniej kampanii wyborczej Silvio Berlusconi, deklarując, że gdyby młody lider stał się przywódcą lewicy, on spokojnie odszedłby ze sceny politycznej. "Berlusconi pierwszy powinien zostać "zezłomowany". - skwitował adresat.
Prezydent Florencji zorientował się jednak, że podkupowanie prawicowych wyborców nie jest dla niego najszczęśliwszą taktyką, gdyż wzrost lub spadek zaufania jego własnych lewicowych wyborców jest uzależniony od opinii, jakie wyraża o nim Silvio B. Pochlebstwa magnata telewizyjnego wcale nie robią mu dobrze. Kiedy natomiast Berlusconi postawił weto przeciwko jego kandydaturze na szefa rządu i poparł Enrica Lettę, jego notowania bardzo wzrosły.
Polityczny "złomiarz", który chce za wszelką cenę zostać kolejnym premierem Włoch, ma jednak duży problem. W lipcu, dziennik "La Repubblica" ujawnił niedyskrecje z narady sztabu PDL, podczas której Berlusconi powiedział: "Matteo Renzi pomoże mi doprowadzić do upadku rządu".
Rzeczywiście tu interesy jednego i drugiego idą w parze, gdyż Renzi wie doskonale, że im dłużej Enrico Letta pozostaje premierem, tym bardziej maleją jego szanse.

Grillo rozczarował wszystkich

Renzi znajduje się w sytuacji nie do pozazdroszczenia: z jednej strony rozgrywki wewnętrzne i wrogość kolegów partyjnych chcących zniweczyć jego plany, z drugiej makiawelistyczne podchody Berlusconiego, który chce go wykorzystać jako pionka na szachownicy. Do tego wszystkiego dołożył się również Beppe Grillo, atakując go na własnym blogu: "Czy młody głupiec z Florencji, Matteo Renzi, może udowodnić, że 55 parlamentarzystów pod jego wodzą nie dopomogło w zatrzymaniu Prodiego, a przez to w stworzeniu aktualnego rządu, który de facto jest kierowany przez Berlusconiego, tak jak potwierdza to vox populi?"
Podczas wyborów Prezydenta Republiki Włoskiej, odbywających się poprzez tajne głosowanie parlamentarne, byłemu Przewodniczącemu Komisji Europejskiej zabrakło 101 głosów, aby zostać głową państwa. Sycylijski komik też nie ma czystego sumienia w tej kwestii, bo jego partia do końca forsowała kandydaturę Stefana Rodotà, zamiast zagłosować na Prodiego we właściwym momencie. Atakuje Renziego, gdyż szuka winnego własnych błędów.
To właśnie stworzony przez niego Ruch Pięciu Gwiazd, który w wyborach lutowych odniósł tak wielki sukces, Włosi obarczają teraz największą odpowiedzialnością za aktualną sytuację i za to, że nie potrafił wykorzystać historycznej szansy na zmiany polityczne w kraju. Beppe Grillo i jego partia rozczarowali wszystkich. Niedojrzałość polityczna parlamentarzystów M5S, którzy nie chcieli wejść do rządu Bersaniego na pewno zostanie ukarana przez elektorat. Notowania partii spadały z 25,9% już poniżej 20%. Wielu wyborców, którzy zagłosowali na Grillego, dziś deklaruje swoje poparcie dla Renziego.
Komik też już przekroczył siedemdziesiątkę i jego kwiecisty język (Belusconiego nazwał "trupem", a włoski parlament "cuchnącym grobem"), budzi więcej zastrzeżeń niż aplauzów. Może się okazać, że to on jako pierwszy zostanie "zezłomowany" w przyszłych wyborach.

Gorąca jesień

Choć lato we Włoszech było bardzo gorące, prawdziwy wzrost temperatury politycznej nastąpi od września. Wtedy każda okazja i każdy pretekst by doprowadzić do upadku rządu Letty może być dobry. Najczarniejsze prognozy obserwatorów politycznych przewidują, że zbiegnie się to z wyborami w Niemczech, które odbędą się 22 września, lub zaraz po nich. Włochy mogą pozostać bez rządu w momencie powtórnego wybuchu europejskiego kryzysu finansowego, co - jak przewidują niektórzy analitycy rynkowi - ma nastąpić właśnie na jesieni, gdyby Niemcy zostały osłabione politycznie po przegranej Angeli Merkel. Wtedy słoneczną Italię może czekać scenariusz grecki, a to nie wróży nic dobrego, ani wspólnej monecie euro, ani Unii Europejskiej.
Jeżeli we Włoszech dojdzie do wyborów na jesieni lub wiosną 2014 roku, mogą się one odbyć w atmosferze wojny cywilnej i otwartej walki wszystkich z wszystkimi.
W tej sytuacji nikt z włoskich polityków nie chce brać na siebie odpowiedzialności za upadek rządu Letty - a na pewno nie zrobi tego Berlusconi. Magnatowi telewizyjnemu przedwczesne wybory nie są na rękę, gdyż siedząc w areszcie domowym nie będzie mógł prowadzić kampanii przedwyborczej. Sytuacja jest na tyle patowa, że wbrew wszystkim przewidywaniom może się okazać, że aktualny lewicowo-prawicowy rząd koalicyjny przetrwa jednak całe 18 miesięcy - meta, którą sam sobie wyznaczył.
W tym wielkim zamieszaniu, Włosi na pewno zrozumieli jedno - prawdziwym problemem kraju jest nie Berlusconi i jego przestępstwa, lecz włoska lewica  skonfliktowana wewnętrznie, nie potrafiąca od dwudziestu lat wyłonić jednego lidera, który zdoła rządzić krajem.

Agnieszka Zakrzewicz

Wszystkie procesy Silvia B.

Czy były włoski premier Silvio Berlusconi zostanie skazany również w procesie za korzystanie z prostytucji nieletnich i nadużycie urzędu? Nie wiadomo. Prokurator Ilda Boccassini zażądała sześciu lat więzienia i całkowitego zakazu piastowania funkcji publicznych. Wydanie wyroku sądu jest przewidziane na 24 czerwca. Z tego oskarżania 76-letni dziś Berlusconi zasiadający we włoskim Senacie, pewnie się wywinie. Ma za sobą ok. 30 postępowań sądowych w różnych sprawach, które w większości były umarzane z powodu przedawnienia; sześć nadal jest w toku. Aby uniknąć kary za pospolite przestępstwa, włoski polityk musi pozostać mężem stanu.

Berlusconi ma za sobą ok. 30 postępowań sądowych. Większość umorzono z powodu przedawnienia, sześć nadal jest w toku

Czy były włoski premier Silvio Berlusconi zostanie skazany również w procesie za korzystanie z prostytucji nieletnich i nadużycie urzędu? Nie wiadomo. Prokurator Ilda Boccassini zażądała sześciu lat więzienia i całkowitego zakazu piastowania funkcji publicznych. Wydanie wyroku sądu jest przewidziane na 24 czerwca. Aby uniknąć kary za pospolite przestępstwa, włoski polityk musi pozostać mężem stanu.

Pięć godzin oskarżenia


„Nie ma wątpliwości, że były premier Silvio Berlusconi uprawiał seks z nieletnią, wiedząc o tym. W jego posiadłości w Arcore funkcjonował „system prostytucji, zorganizowany, by zaspokoić jego życzenia“. Kłamstwem, o którym wiedziała policja już podczas zatrzymania nieletniej Karimy El Mahroug, córki imigrantów z Maroka, znanej jako Ruby, było jej pokrewieństwo z ówczesnym egipskim prezydentem Hosnim Mubarakiem. Niektórzy świadkowie zostali zmuszeni do składania fałszywych zeznań”, to kwintesencja oskarżeń prokurator Ildy Boccassini przedstawionych podczas procesu Rubygate, który trwa w Mediolanie od 15 lutego 2011 r. i właśnie zmierza ku końcowi.
W trwającej ponad pięć godzin mowie oskarżycielskiej prokurator stwierdziła również, że Ruby uprawiała prostytucję, zanim jeszcze zaczęła odwiedzać dom premiera, a za wieczory i całe noce spędzane w jego posiadłości otrzymywała pieniądze. Odrzuciła też linię obrony jego adwokatów Niccola Ghediniego i Pietra Longa utrzymujących, że bohaterka skandalu powiedziała Berlusconiemu, że ma 24 lata. To punkt centralny całego procesu.
Według tezy oskarżenia magnat telewizyjny był informowany o wszystkim przez swoich współpracowników i przyjaciół Emilia Fedego, Lele Morę i Nicolę Minetti, którzy zapraszali młode kobiety do jego domu i są sądzeni o stręczycielstwo w odrębnym, równoległym procesie. Emilio Fede, były dyrektor dziennika telewizyjnego TG4, poznał Karimę El Mahroug na konkursie piękności w 2009 r., gdzie podała swoje prawdziwe dane. W jednej z rozmów podsłuchanych w ramach śledztwa Fede powiedział, że Ruby ma 13 lat. Lele Mora, agent modelek i łowca talentów, skazany już za przestępstwa narkotykowe, podatkowe i umyślne bankructwo, dowiedział się, że Marokanka jest nieletnia od niej samej. Nicole Minetti, była higienistka dentystyczna Berlusconiego i radna regionu Lombardii z ramienia jego partii, której policja powierzyła imigrantkę zatrzymaną za kradzież w nocy z 27 na 28 maja 2010 r., wiedziała, ile Ruby ma lat już wtedy, gdy po raz pierwszy zaprosiła ją do willi w Arcore w lutym tamtego roku.

Negatywny mit

„Ruby, podobnie jak inne dziewczęta, które brały udział w domniemanych orgiach seksualnych w Arcore, robiła to w pogoni za negatywnym włoskim mitem: łatwe, szybkie pieniądze i szansa na pracę w show-biznesie, co gwarantowało im zbliżenie się do Berlusconiego”, powiedziała prokurator Ilda Boccassini na sali sądowej.
W „systemie prostytucji, zorganizowanym, by zaspokoić życzenia premiera“, brały udział zarówno profesjonalne prostytutki, często imigrantki, jak i dziewczyny z dobrych domów. O Karimie El Mahroug prokurator Boccassini powiedziała, że cechowało ją „orientalne cwaniactwo“. Ten nieszczęśliwy zwrot wywołał polemikę i oskarżenia o rasizm.
Wydaje się jednak, że były premier Włoch był w jakimś stopniu zafascynowany „orientalnym stylem“. Imponował mu były libijski dyktator Muammar Kaddafi, który – jak ujawnia szokująca książka reporterki „Le Monde“ Annick Cojean, pod tytułem „Les proies: Dans le Harem de Khadafi“ (tytuł polskiego przekładu „Kobiety Kaddafiego“) – gustował w nieletnich i w żonach afrykańskich polityków lub ambasadorów, uwodząc kobiety dzięki drogocennym darom lub porywając dziewczynki do swojego haremu w pałacu.
Również były premier Włoch miał swój „mały harem“. Włoski tygodnik „Oggi“ doliczył się 131 kobiet w jakimś stopniu związanych z Berlusconim. Faworytki mieszkały w prywatnych apartamentach magnata telewizyjnego przy ulicy Olgettina w Mediolanie, a jego księgowy Giuseppe Spinelli wypłacał im regularnie wysokie kieszonkowe. Gdy brały udział w bunga-bunga, premier obdarowywał je prezentami i kopertami, w których były banknoty najwyższego nominału. Przez ponad rok pisała o nich prasa, nazywając je „Olgettinami“ lub „Orgietkinkami“, złośliwie  parafrazując nazwę ulicy. Wśród wybranek Berlusconiego funkcjonowała struktura hierarchiczna – na czele stała Nicole Minetti, która organizowała dziewczyny i rozwiązywała problemy, jakich przysparzały.
Choć najbogatszy Włoch musiał skończyć z „eleganckimi kolacjami“ w swojej willi w Arcore, najwierniejsze Olgettine nadal mieszkają w jego prywatnych nieruchomościach i otrzymują miesięcznie wypłatę w wysokości 2,5 tys. euro. Nic więc dziwnego, że zeznając podczas mediolańskiego procesu, twierdziły, że na kolacjach u Berlusconiego wszyscy śpiewali, rozmawiali o piłce nożnej, opowiadali dowcipy i bawili się bardzo niewinnie, po czym rozchodzili się do domów.

Ruby wszystko popsuła

Jak utrzymuje Ilda Boccassini, opierając się na wynikach kontroli telefonu komórkowego nieletniej imigrantki marokańskiej, Karima spędziła w posiadłości Berlusconiego całe noce 20 i 21 lutego, 9 marca, 4 i 5 kwietnia, 24, 25 i 26 kwietnia oraz 1 i 2 maja 2010 r.
Kilka tygodni później El Mahroug została zatrzymana przez włoską policję, gdyż jej współlokatorka Katia Pasquino oskarżyła ją o kradzież pieniędzy i biżuterii. Również Katia, która nigdy nie brała udziału w imprezach u premiera, ujawniła publicznie to, co Ruby opowiadała jej o nich, oraz fakt, że nieletnia chwaliła się, że miała stosunki seksualne z premierem. Nieświadomie Pasquino przyczyniła się do wybuchu Rubygate i w konsekwencji do wytoczenia Berlusconiemu procesu.
Karima El Mahroug została zatrzymana 27 maja 2010 r., a ponieważ nie miała dokumentów, zabrano ją na komendę w celu ustalenia tożsamości oraz wieku. Po wykonaniu rutynowych czynności dyżurna prokurator ds. nieletnich Anna Maria Fiorillo, zaniepokojona oświadczeniem, że dziewczyna utrzymuje się z tańca brzucha, zadecydowała o wysłaniu jej do wspólnoty dla nieletnich imigrantów. Z powodu braku miejsca w odpowiedniej strukturze Ruby została zatrzymana na noc w komisariacie.
Kilka godzin później premier Silvio Berlusconi, który przebywał z oficjalną wizytą w Paryżu, zadzwonił do szefa policji w Mediolanie Pietra Ostuniego, naciskając na niego, aby Karima El Mahroug została natychmiast zwolniona, by uniknąć incydentu dyplomatycznego, gdyż jest krewną prezydenta Egiptu Hosniego Mubaraka, i została powierzona pod opiekę radnej regionu Lombardii z partii Lud Wolności. Po dwóch telefonach Berlusconiego nieletnia Marokanka opuściła komisariat w towarzystwie Nicole Minetti, która zamiast zająć się nią, odstawiła ją do domu brazylijskiej prostytutki Michelle Conceicao de Oliveira.
Zgodnie z tezą oskarżenia to właśnie brazylijska prostytutka zadzwoniła do włoskiego premiera i poinformowała go, że Ruby jest na posterunku (choć Berlusconi temu zaprzecza), a on – w obawie, że dziewczyna może ujawnić pikantne fakty i doprowadzić do skandalu – nadużył swojego urzędu, wywierając presję na policję w celu jej zwolnienia. „Berlusconi miał się czego obawiać, bo już wtedy było głośno o aferze dotyczącej jego rzekomych stosunków z inną nieletnią, Noemi Letizią. Zostały też opublikowane skandaliczne zdjęcia z dziewczynami w jego posiadłości Villa Certosa na Sardynii“, podkreślała Boccassini.

4 miliony za dwa miesiące

Jak na ironię, byłemu premierowi wytoczono proces na mocy zaostrzonych przepisów o ochronie nieletnich i walce z ich seksualnym wykorzystywaniem, jakie przyjął jego rząd w latach 2006 i 2008.
Ruby jednak zaprzecza, jakoby miała kiedykolwiek płatne stosunki seksualne z przeszło 70-letnim politykiem. 4 kwietnia protestowała przed trybunałem w Mediolanie, bo nie chciano jej wysłuchać jako świadka. Odczytała komunikat – zdaniem włoskiej prasy napisany przez adwokatów byłego premiera. Twierdziła, że wszystko sobie wymyśliła i przepraszała Berlusconiego. Mówiła, że jest narzędziem wykorzystanym do walki z nim oraz że złożyła wiele zeznań pod naciskiem śledczych. „Chcę opowiedzieć swoją prawdę. To jedyna prawda!“, powiedziała dziennikarzom. Dziewczyna jest już pełnoletnia, wyszła za mąż i urodziła córkę. Na pytanie w wywiadzie telewizyjnym, czy wysłałaby ją na elegancką kolację do domu Berlusconiego, Karima odpowiedziała stanowczo: „Nie!“.
Kiedy kilka miesięcy temu sąd chciał przesłuchać Marokankę na wniosek obrony, ta jednak wyjechała na wakacje do Meksyku. Zadowolono się więc jej zeznaniami z sierpnia 2010 r., które stały się podstawą do wszczęcia procesu. Ruby powiedziała wtedy, że Berlusconi wytłumaczył jej, iż „bunga-bunga to rytuał w haremie, który zapożyczył od swojego przyjaciela Kaddafiego, podczas którego nagie dziewczęta muszą sprawiać mu przyjemność fizyczną“. Zeznała, że Berlusconi wiedział, iż była nieletnia i że „on sam kazał jej mówić, iż jest spokrewniona z Mubarakiem, gdyż w ten sposób będzie mogła wytłumaczyć, skąd ma pieniądze, które on jej daje“.
Te słowa17-latki skłoniły prokuratorów Ildę Boccassini, Piera Forna i Antonia Sangermana do ich zweryfikowania oraz szukania nowych elementów poprzez podsłuchy, weryfikację billingów, przesłuchania świadków, sprawdzenie zapisków dziewczyny. Odnaleziono adnotacje Karimy: „4 mln euro od Berlusconiego w ciągu dwóch miesięcy“. W jednej z podsłuchanych rozmów telefonicznych dziewczyna mówiła: „Rozmawiałam z Silviem i powiedziałam mu, że chcę wyjść z tej historii za coś: 5 mln“.
Ruby została natomiast przesłuchana w procesie o stręczycielstwo przeciwko Fedemu, Morze i Minetti. Na wiele pytań odpowiadała jednak wymijająco: „Nie pamiętam“, „Opowiadałam głupoty, bajki“, „To tylko zbiegi okoliczności“. Zapytana o 4 mln, które rzekomo miała otrzymać od magnata telewizyjnego, odpowiedziała, że napisała to, aby chwalić się przed koleżankami, że po tym wszystkim zostanie bogata.
W takiej sytuacji – gdy bohaterka afery zaprzecza, że uprawiała seks z Berlusconim, a wszyscy inni świadkowie powołani przez jego obronę twierdzili, że w willi w Arcore odbywały się tylko „eleganckie kolacje“ – oskarżycielom będzie bardzo trudno udowodnić, że były premier korzystał z usług nieletniej prostytutki.

Kruczek ustawodawczy


Silvio Berlusconi był zawsze mistrzem w tworzeniu ustaw na miarę. Kiedy w nocy z 27 na 28 maja 2010 r. były premier dzwonił do szefa mediolańskiej policji, nowa ustawa antykorupcyjna wprowadzona przez Paolę Severino, minister sprawiedliwości w rządzie Maria Montiego, nie była jeszcze nawet w fazie embrionalnej. Dziś to największe zagrożenie dla procesu Rubygate. Ustawa Severino dzieli przestępstwo nadużycia urzędu na dwa rodzaje: poprzez przymus i przez współudział. Zgodnie z nią już nie tylko osoba nadużywająca władzy lub dokonująca korupcji jest winna. Odpowiedzialność prawna spada też na ofiarę nadużycia lub korupcji, która – jeżeli nie grożono jej – mogła przecież odmówić przyjęcia łapówki lub wykonania polecenia.
W świetle nowelizacji winni stają się także policjanci, którzy wypuścili Ruby z komendy pod nadzorem Minetti – a zgodnie z oskarżeniem prokurator Ildy Boccassini, dyżurni przełożeni wiedzieli dobrze, że Karima El Mahroug nie jest krewną Mubaraka, lecz jedynie nieletnią dziewczyną, którą jest zainteresowany premier.
W fazie tworzenia ustawy posłowie partii Berlusconiego zdołali włączyć do niej i przegłosować małą poprawkę – kruczek prawny powoduje, że jeżeli współudział w nadużyciu urzędu nie odbywał się pod przymusem i jego konsekwencją nie było uzyskanie korzyści, fakt nie jest karalny. Oskarżenie w stosunku do Berlusconiego może więc całkowicie upaść jeszcze przed wydaniem ostatecznego werdyktu.
Sąd ma prawo i zadanie interpretować oraz wdrażać poprawki wprowadzone do kodeksu karnego. Czy w przypadku Rubygate policjanci, którzy w maju 2010 r.
byli tylko ofiarami, od grudnia 2012 r., po wprowadzeniu ustawy Severino, stali się współwinni? W tej kwestii musi się wypowiedzieć sąd kasacyjny.
Oczywiście prawo nie działa wstecz, ale jedynie w tzw. przypadku malam partem, czyli na szkodę oskarżonego. Jeżeli jednak nowe normy kodeksu karnego są korzystne dla oskarżonego, muszą zostać aplikowane.
Nic więc dziwnego, że jeżeli chodzi o proces Rubygate, adwokaci Berlusconiego są spokojni i mają nadzieję, że ich klient zostanie uniewinniony lub proces zostanie umorzony. Dla obrońców Ghediniego i Longia cały proces to poważne nadużycie prywatności byłego premiera.


Nowe procesy na horyzoncie


Dziś już 76-letni Berlusconi zasiadający obecnie we włoskim Senacie, ma za sobą ok. 30 postępowań sądowych w różnych sprawach, które w większości były umarzane z powodu przedawnienia; sześć nadal jest w toku. Na początku maja Sąd Apelacyjny w Mediolanie utrzymał wyrok sądu niższej instancji, który w październiku skazał byłego włoskiego premiera na cztery lata więzienia za oszustwa fiskalne przy zakupie praw emisji do seriali telewizyjnych oraz filmów przez należący do Berlusconiego koncern Mediaset. Sprawa była odnogą innego słynnego procesu All Iberian. Transakcje odbywały się za pomocą fikcyjnych spółek i przy udziale amerykańskiego pośrednika, a większość z nich przechodziła przez raje podatkowe. Zgodnie z uzasadnieniem wyroku, Berlusconi dopuścił się oszustw podatkowych na ogromną skalę i jako właściciel Mediaset ukrył przed fiskusem co najmniej 20 mln euro. Adwokaci byłego premiera będą odwoływać się do Sądu Najwyższego. Lider Ludu Wolności ma zatem rok na definitywne rozwiązanie swoich nowych problemów z prawem. Mógłby ich uniknąć, zostając dożywotnim senatorem – co byłoby formą politycznego ułaskawienia polityka sądzonego już wielokrotnie za pospolite przestępstwa. Godność dożywotniego senatora powierza jednak prezydent Republiki pięciu obywatelom w uznaniu ich zasług dla kraju w sferze społecznej, naukowej, artystycznej lub literackiej. Za prezydentury Giorgia Napolitana Berlusconi nie ma żadnych szans na dożywotni immunitet parlamentarny. Nie pozostaje mu więc nic innego, jak doprowadzić do upadku rząd szerokiej koalicji Pdl-PD, kierowanego przez Enrica Letta, i próbować ponownie wygrać przedterminowe wybory. Nadal ma takie szanse, bo popiera go wciąż ponad 9 mln Włochów.
Tymczasem na horyzoncie widać już następne kłopoty z prawem. W lutym br. prokuratura w Neapolu otworzyła kolejne dochodzenie dotyczące korupcji i nielegalnego finansowania partii politycznych, w którym magnat telewizyjny jest oskarżony o przekupstwo senatora Sergia De Gregoria, któremu zaoferował 3 mln euro za przejście do swojej partii, i co w konsekwencji doprowadziło do upadku rządu Romana Prodiego, który utracił przewagę liczebną w Senacie. Neapolitańscy prokuratorzy żądają kolejnego procesu Berlusconiego.

Agnieszka Zakrzewicz



Tygodnik Przegląd - 23/2013

Ciao Berlusconi!

O dymisji Berlusconiego zdecydowali nie Włosi, lecz giełda. Jego odejście było konieczne nie tylko dla ratowania sytuacji gospodarczej Włoch, ale i dla pozostałych członków strefy euro. Przede wszystkim jednak premier Włoch padł ofiarą własnego, gigantycznego konfliktu interesów. Berlusconi premier szkodził Berlusconiemu biznesmenowi – to prawdziwy powód, dla którego Kajman zrezygnował.
Odejście Berlusconiego było konieczne dla ratowania nie tylko sytuacji gospodarczej Włoch,
ale też jego własnych biznesów



3332 dni i wystarczy

Gwizdy i okrzyki: „Ty pajacu!” towarzyszyły rezygnacji włoskiego prezesa Rady Ministrów Silvia Berlusconiego. Tysiące manifestantów śledziło znienawidzonego premiera całe sobotnie popołudnie, skandując bezustannie: „Dymisja! Dymisja!”. Chodzili za nim spod siedziby rządu w pałacu Chigi pod jego rzymską rezydencję w pałacu Grazioli, a wieczorem czekali pod Kwirynałem, gdzie urzęduje prezydent Giorgio Napolitano. Tu przybyła także orkiestra, która odegrała utwór „Alleluja” Georga Friedricha Händla. Gdy konwój samochodów Berlusconiego podjeżdżał pod pałac prezydencki, Włosi zaczęli obrzucać go drobniakami. Tak samo jak w 1993 r. Bettina Craxiego opuszczającego rzymski hotel Raphael na krótko przed ucieczką do Tunezji. Wtedy jednak wściekłość Włochów była jeszcze większa. „Gdy Włosi czują, że władza jest słaba, ujawniają swoją naturę szubieniczników“, komentował Giuliano Ferrara, dyrektor dziennika
„Il Foglio“ i wierny poplecznik telewizyjnego magnata.
Kiedy po 40-minutowej rozmowie premiera z prezydentem rzecznik ogłosił: „Prezes Rady Ministrów Silvio Berlusconi złożył rezygnację swojego rządu”, przed Kwirynałem podniósł się radosny krzyk i strzeliły korki szampanów. Włosi śpiewali hymn narodowy oraz piosenki partyzanckie, tańczyli i wznosili toasty, powiewały flagi narodowe, widać było małe transparenty z napisem: „Dziękujemy prezydentowi Napolitanowi!“.
Były premier opuścił Kwirynał tylnym wyjściem i tylnym wejściem wszedł do pałacu Grazioli. Nie miał odwagi stawić czoła kontestatorom.
Tak radosne i spontanicznie zorganizowane zabawy uliczne z udziałem wiwatujących tłumów odbyły się w Rzymie, gdy włoscy piłkarze wygrali mundial w 2006 r. Samochody i motorynki jeździły po mieście, trąbiąc. Przez całą noc pod rzymskim domem Kawalera (Il Cavaliere – jeden z przydomków Berlusconiego, pochodzący od przyznanego mu orderu Kawalera Pracy) biwakowali młodzi ludzie, tańcząc, śpiewając i wykrzykując wyzwiska pod adresem miliardera. Zabawa i happeningi trwały prawie do rana, pomimo zimnej nocy.
Era Berlusconiego zakończyła się oficjalnie w sobotę, 12 listopada 2011 r., o godzinie 21.43, po 3332 dniach sprawowania urzędu pierwszego ministra. Był premierem rządzącym najdłużej w dziejach Republiki Włoskiej. Od
27 marca 1994 r., kiedy to po wygranych wyborach po raz pierwszy został prezesem Rady Ministrów, minęło już prawie 18 lat.


Ofiara własnego konfliktu interesów


Do dymisji nie zmusiły Berlusconiego ani skandale obyczajowe z udziałem prostytutek i nieletnich, ani toczące się procesy, ani odejście starego koalicjanta Gianfranca Finiego. Mylą się także ci, którzy myślą, że przyczyną rezygnacji był ostateczny rozłam w partii Lud Wolności i „zdrada“ ośmiu deputowanych, którzy 8 listopada nie przegłosowali podsumowania budżetu państwa, pozbawiając rząd Berlusconiego większości kwalifikowanej.
Prawda jest niestety taka, że Silvio Berlusconi padł ofiarą własnego konfliktu interesów, gdyż jako niewiarygodny premier szkodził rodzinnym spółkom oraz własnym biznesom.
Już od dłuższego czasu rentowność włoskich obligacji biła negatywne rekordy. Dzień po ogłoszeniu decyzji Berlusconiego o podaniu się do dymisji po przegłosowaniu ustawy stabilizacyjnej (co miało trwać jeszcze dwa tygodnie), spread (różnica pomiędzy kursem kupna – wypłaty – a sprzedaży – spłaty – zaciągniętego zobowiązania kredytu walutowego) pomiędzy papierami Włoch i niemieckimi bundami osiągnął aż 7%, a koszt ubezpieczenia włoskiego długu sięgnął rekordowego poziomu 575 pkt bazowych. Była to najwyższa wartość od czasu wprowadzenia euro i wskazywała na to, że rynki europejskie nie mają już zamiaru dłużej czekać na zmianę rządu we Włoszech ani na reformy. Berlusconi stał się persona non grata. Tego samego dnia w Mediolanie główny indeks giełdowy tracił aż 5%, ustabilizował się później na –3,78%, po deklaracji prezydenta Napolitana: „Bardzo szybko powstanie nowy rząd lub będą wybory”. Największy spadek na giełdzie odnotowały jednak akcje spółek rodziny Berlusconich – 13,5% w ciągu tygodnia, czyli 410 mln euro (niemal tyle, ile spółka Berlusconich musiała zapłacić De Benedettiemu w wyniku procesu cywilnego dotyczącego wejścia w posiadanie, dzięki korupcji, wydawnictwa Mondadori.
Jak obliczyli wnikliwi przeciwnicy premiera, tylko jednego dnia dzieci Berlusconiego straciły na giełdzie 60 mln euro. Prawie 100 mln euro ubyło natomiast z kieszeni samego miliardera. Podobno właśnie wtedy odbyła się rozmowa telefoniczna między Kawalerem i jego wspólnikiem Enniem Dorisem, bankierem Mediolanum. „Jeżeli szybko nie podasz się do dymisji, nie będziesz miał co pozostawić w spadku!”, powiedział podobno Doris. Jak widać, ten argument przekonał Berlusconiego do akceptacji rządów przejściowych Maria Montiego, który ma uratować gospodarkę Włoch, a przy okazji także finanse Berlusconich.


Niewiarygodny


Odejście Berlusconiego wymusili więc nie obywatele, lecz giełda. Było to konieczne dla ratowania sytuacji ekonomicznej nie tylko Włoch, ale i pozostałych członków eurolandu. Kryzys w tym kraju ma znaczenie dla całej Europy, ponieważ włoska gospodarka jest trzecią pod względem wielkości i jej ratowanie byłoby zbyt kosztowne. Włoskie zadłużenie wynosi ok. 1,9 bln euro, co plasuje ten kraj na czwartym miejscu w niechlubnym rankingu najbardziej zadłużonych państw świata, a 40% obligacji jest w posiadaniu inwestorów zagranicznych, którzy w sytuacji niepewności politycznej i gospodarczej tego kraju zaczęli je wyprzedawać.
„Financial Times” napisał, że premierzy Włoch i Grecji – dwóch państw, od których zaczęły się problemy – mają ze sobą trzy rzeczy wspólne: obaj utrzymują się przy władzy niewielką większością, są skłóceni ze swoimi ministrami finansów i nie dotrzymują obietnic.
Już od kilku miesięcy widać było coraz wyraźniej, że premier Berlusconi nie radzi sobie z kryzysem i traci autorytet w kraju oraz poza jego granicami. Najpierw problemy z uchwaleniem cięć budżetowych w wysokości 45,5 mld euro, które miały zrównoważyć budżet włoski i zniwelować dług publiczny wynoszący 120%. Później kłopoty z odwołaniem Lorenza Biniego Smaghiego – włoskiego członka zarządu Europejskiego Banku Centralnego, który miał podać się do dymisji po nominacji Maria Draghiego na szefa EBC, co doprowadziło
do otwartego zatargu pomiędzy Berlusconim a prezydentem Francji Nicolasem Sarkozym. Pogorszenie stosunków z kanclerką Niemiec Angelą Merkel nastąpiło także przez niewybredne dowcipy pod jej adresem, ujawnione po opublikowaniu podsłuchów telefonicznych dotyczących kolejnych afer premiera. W końcu trudności z uchwaleniem pakietu ustaw antykryzysowych, które miałyby doprowadzić do uzdrowienia finansów publicznych i oddalenia groźby bankructwa kraju i których wcielenie w życie do 15 listopada br. szef włoskiego rządu obiecał unijnym partnerom w liście przedstawionym na październikowym szczycie UE w Brukseli.
Wszystko to spowodowało, że Berlusconi stał się niewiarygodny i niewygodny, zarówno we własnym kraju, jak i za granicą.
Nikt jednak nie spodziewał się, że finał nastąpi tak szybko i w miarę bezboleśnie. Wszyscy wyobrażali sobie, że odejście włoskiego miliardera z polityki będzie przypominało raczej końcową scenę filmu Nanniego Morettiego „Kajman” – czyli wojnę domową. Wróżono też, że magnat telewizyjny ucieknie z kraju jak Craxi, do swojej willi na Antiguę.


Spadek po Berlusconim


„Po niemal dwóch dekadach Silvio Berlusconi zostawia Włochy takimi, jakie zastał, gdy po raz pierwszy obejmował rządy w 1994 r. Jeżeli natomiast chodzi o jego sprawy prywatne i procesy – wszystko ma się o wiele lepiej. Bilans premiera jest mizerny. Nie dokonał rewolucji liberalnej, którą obiecywał. Podatki, które miał zmniejszyć, wzrastają, oczywiście dla tych, którzy je płacą. Przepaść pomiędzy bogatą i dynamiczną Północą a biednym i zacofanym Południem się pogłębiła. Rząd jest słaby i uzależniony od parlamentu. Telewizja państwowa jest nadal pod wpływami polityki, a prywatna nadal w rękach Berlusconiego”, pisał francuski dziennik „Le Monde”, podsumowując rządy włoskiego miliardera. Gazeta zadała też słuszne pytanie: dlaczego premier – tak popularny oraz dysponujący ogromnymi możliwościami i środkami – przez tyle lat nic nie zrobił? „Jego impotencja bierze się z konfliktu interesów. Silvio biznesmen ograniczał zawsze działanie Berlusconiego premiera”, brzmiała trafna odpowiedź.
Silvio Berlusconi przejdzie do historii jako premier playboy, król bunga bunga, kawalarz i autor sprośnych dowcipów. Włochom i nowemu prezesowi Rady Ministrów – Mariowi Montiemu, pozostawia w spadku poważny kryzys gospodarczy, z którego będzie bardzo trudno wyjść.
Profesor mediolańskiego Uniwersytetu im. Bocconiego, były komisarz europejski i od niedawna senator, ma twardy orzech do zgryzienia. Pierwsze zadanie to zmniejszyć zadłużenie publiczne, nakładając podatek majątkowy, wprowadzając komunalny podatek gruntowy (którego zniesienie umożliwiło Berlusconiemu wygranie wyborów) oraz przeprowadzając reformę fiskalną z trzema progami podatkowymi. Jeżeli to uspokoi Unię Europejską, Centralny Bank Europejski i giełdy, które niestety nadal szaleją, trzeba będzie przejść do reform strukturalnych, czyli podnieść wiek emerytalny dla wszystkich do 67 lat w 2020 r. To wymaga jednak zapewnienia ochrony socjalnej młodemu pokoleniu, które tworzy prekariat. Kolejnym punktem będzie liberalizacja mająca na celu podniesienie konkurencji w sektorze państwowym i dzięki temu obniżenie cen usług. Takie reformy powinny wyprowadzić włoską gospodarkę z zastoju. Na horyzoncie nowe cięcia budżetowe i zaciskanie pasa. Lacrime e sangue (łzy i krew) – oto motto postberluskonizmu.
Czy Super Mario i jego rząd technokratów podołają temu wszystkiemu? Trudno powiedzieć. Monti będzie musiał wprowadzić reformy, które Berlusconi obiecał na szczycie UE, a których nie chciała jego koalicja. Liga Północna rządząca do tej pory wraz z Ludem Wolności już przeszła do opozycji i nie poparła nowego rządu. Gabinet Montiego (w którym nie będzie polityków, lecz głównie profesorzy) jest uzależniony od włoskiego parlamentu, gdzie koalicja Berlusconiego nadal ma większość. Kawaler już oświadczył, że jeżeli coś nie będzie szło po jego myśli, „wyłączy prąd“.


Koniec wideokracji?


W 1994 r. Silvio Berlusconi rozpoczął rządy, zwracając się do narodu włoskiego z odezwą zarejestrowaną na wideo. „Włochy to kraj, który kocham. Tu są moje korzenie, moje nadzieje, moje horyzonty. Tu nauczyłem się, od życia i od mojego ojca, zawodu biznesmena. Tu narodziło się moje umiłowanie wolności”. Te znamienne słowa podbiły serca i umysły większości Włochów (choć przemówienie napisał najprawdopodobniej Giuliano Ferrara).
Także po złożeniu rezygnacji na Kwirynale były prezes Rady Ministrów pożegnał się odezwą zarejestrowaną na wideo, w której powtórzył stare i nowe obietnice. „Nie zostawię polityki, lecz podwoję moje wysiłki dla dobra kraju” – dla niektórych te słowa brzmiały złowrogo.
Co teraz zrobi 75-letni bogacz? Przecież nie przejdzie na emeryturę… Ustępując ze stanowiska premiera, Berlusconi pozbył się tarczy, która chroniła go przed procesami, choćby poprzez „uzasadnioną nieobecność ze względu na obowiązki instytucjonalne”. Teraz będzie musiał stawiać się regularnie na rozprawy w Mediolanie i w końcu zapadną wyroki, choć przed ewentualnym więzieniem będzie go chronił immunitet parlamentarny.
Kajman bardzo źle zniósł pożegnanie, jakie w sobotnią noc urządziło mu tysiące Włochów. Gdyby wiedział, że będą tak niewdzięczni za jego wielki gest dla dobra kraju, zastanowiłby się nad dymisjami. W niedzielę poprawił mu się humor, gdy na ulice Rzymu wylegli jego zwolennicy, śpiewający berluscoński hymn „Jakie to szczęście, że mamy Silvia!”.
Czy to naprawdę koniec berlusconizmu i wideokracji czy tylko krótka przerwa? – wszyscy zadają sobie to pytanie. „Finché non vedo non credo” („Nie uwierzę, jeśli nie zobaczę” ), skomentował sceptycznie laureat Nagrody Nobla Dario Fo, pytany przez hiszpański dziennik „El País”, czy Włochy uwolniły się już na dobre od Kajmana.
Addio czy arrivederci? (żegnaj czy do zobaczenia) – trudno powiedzieć. Na razie większość Włochów i kraje strefy euro powiedziały z ulgą: „Ciao, Berlusconi!“.

Agnieszka Zakrzewicz

Tygodnik Przegląd - 47/2011.
http://www.przeglad-tygodnik.pl/pl/artykul/ciao-berlusconi

Pomarańczowa rewolucja po włosku


Berlusconiemu udało się wreszcie wskrzesić komunistów. Premier tak długo straszył Włochów „Czerwonymi Brygadami”, które zagnieździły się w mediolańskiej prokuraturze, że wreszcie na placu przed katedrą w Mediolanie załopotały czerwone flagi z podobizną Che Guevary. „Wyzwoliliśmy Neapol i zdobyliśmy Mediolan! Następny cel to pałac Chigi!”, krzyczał euforycznie na Piazza Duomo Nichi Vendola, gubernator prowincji Apulia, lider partii Lewica, Ekologia, Wolność, były postkomunista i zdeklarowany gej z kolczykiem w uchu. Pod względem politycznym wybory samorządowe we Włoszech to spektakularna klęska rządzącej centroprawicy i samego Silvia Berlusconiego, który przekształcił je w swój plebiscyt.



Wiatr z lewej strony


W rzeczywistości w Mediolanie i Neapolu dominował nie kolor czerwony, lecz pomarańczowy – użyty jako symbol wyborczy przez nowych burmistrzów, którzy wygrali drugą turę wyborów samorządowych, odbywającą się 29 i 30 maja br. Place zapełniły się pomarańczowymi czapeczkami i podkoszulkami, niczym na Ukrainie w 2004 r. Adwokat Giuliano Pisapia, były postkomunista, kandydat partii Lewica, Ekologia, Wolność, konkurował w Mediolanie z dotychczasową prawicową burmistrz Letizią Moratti z Ludu Wolności, a były prokurator Luigi de Magistris z partii Włochy Wartości kierowanej przez Antonia Di Pietro walczył z biznesmenem Giannim Lettierim z partii Berlusconiego. Pierwsza tura wyborów odbywała się dwa tygodnie wcześniej.
Lewica ma teraz 29 burmistrzów i prezydentów prowincji, a prawica tylko 12. W większości dużych miast: Mediolanie, Neapolu, Turynie, Bolonii, Cagliari, Trieście, a także w mniejszych: Novarze, Pordenone, Crotone, Grosseto, Rimini są władze centrolewicowe. Berlusconi ma „komunistów” nie tylko w gminie Arcore, gdzie znajduje się jego willa, lecz także na Sardynii, gdzie ma olbrzymią rezydencję letnią. Tu rządzi teraz Massimo Zedda – najmłodszy, 35-letni burmistrz, także z partii Lewica, Ekologia, Wolność. W Turynie już w pierwszej turze wyborów wygrał Piero Fassino – były przewodniczący Demokratów Lewicy i minister w rządzie Romana Prodiego. W wyborach administracyjnych dobrze wypadł też Fioletowy Lud – założony przez włoskiego komika Beppe Grilla antypolityczny ruch społeczny, który zdobył wiele miejsc w samorządach lokalnych, wystawiając swoich kandydatów niezależnych.
Choć w drugiej turze frekwencja spadła z 72% do 60%, wybory te oznaczają, że Włosi dojrzewają do politycznej zmiany. „Wiatr zaczyna wiać z lewej strony”, twierdzą komentatorzy polityczni. Także w szeregach centroprawicy, zwartych do tej pory wokół premiera, słychać po raz pierwszy głosy niezadowolenia i krytyki. Czuć atmosferę id marcowych, choć nie wiadomo jeszcze, kto wystąpi w roli Brutusa. Włosi są znani z tego, że potrafią szybko wskakiwać na wóz zwycięzcy i jeszcze szybciej z niego zeskakiwać, gdy w powietrzu zaczyna się unosić swąd porażki.


Czerwone Brygady i Cyganopolis


Od zawsze we wszystkich wyborach Silvio Berlusconi jest na pierwszym miejscu list wyborczych, przekształcając w ten sposób rywalizację polityczną w plebiscyt wyrażający poparcie dla jednostki. Tak było i tym razem – choć Letizia Moratti miała walczyć o drugą kadencję prezydentury Mediolanu, kampania wyborcza toczyła się wokół procesów sądowych Berlusconiego, a nie realnych problemów włoskiej stolicy biznesu i mody. Na murach miasta pojawiły się plakaty „Czerwone Brygady, wynocha z prokuratury!”, a premier urządzał wiece polityczne po każdym wyjściu z sali sądowej, sprowadzając na tę okazję klakierów ze swojej partii.
Mediolańczykom nie przypadła do gustu kampania centroprawicy – krzykliwa, oparta na atakach na sędziów, którzy sądzą premiera, a przede wszystkim pełna chwytów poniżej pasa. W konfrontacji telewizyjnej Moratti powiedziała na kilka minut przed końcem programu, że Pisapia jest złodziejem samochodów, gdyż w młodości ukradł auto, które posłużyło do porwania i pobicia. Przeciwnik oskarżył ją o zniesławienie, nie podał jej ręki, a wypowiedź skomentował: „Mediolan nie zasługuje na prezydenta, który upada tak nisko”. Ocena wyborców w pierwszej turze była jasna – 48,04% głosów otrzymał Pisapia, 41,58% – Moratti.
Pierwsza przegrana nie zmieniła taktyki centroprawicy, choć pani burmistrz przypomniała sobie, że musi mówić więcej o swoim programie dla miasta. Do ataku przystąpiła także ksenofobiczna Liga Północna, której ludzie Berlusconiego zarzucali zbyt małe zaangażowanie w poparcie kandydatki Ludu Wolności. W całym mieście zawisły plakaty „Mediolan będzie Cyganopolis z Pisapią”, przekonujące, że wybór na burmistrza kandydata centrolewicy oznacza więcej obozów cygańskich i budowę największego meczetu w Europie. Pojawiło się też kilku fałszywych Cyganów urządzających prowokacje i podszywających się pod sztab centrolewicy. Przegrana była więc szokiem dla centroprawicy, zwłaszcza tak wysoka – Giuliano Pisapia otrzymał 55% głosów.
„Czy ty się nigdy nie śmiejesz?”, premier Włoch w lokalu wyborczym, w którym głosował, zapytał dziewczynę z komisji, która przywitała go chłodno. „Uśmiecham się tylko do przyjaciół i do tych, których cenię!”. Po ogłoszeniu wyników zdjęcie uśmiechniętej Cecylii świętującej na placu zwycięstwo lewicy stało się hitem na Facebooku.


Lewica z burżuazyjną twarzą


Kim jest niepozorny mediolański adwokat, który wygrał z Berlusconim w jego rodzinnym mieście, i kto na niego głosował? Giuliano Pisapia był obrońcą Abdullaha Öcalana, reprezentował rodzinę Carla Giulianiego – antyglobalisty zabitego podczas G8 w Genui w 2001 r. Bronił zawsze lewicowych działaczy politycznych i związkowców. Przede wszystkim jednak był adwokatem Carla De Benedettiego – biznesmena, który procesuje się z Berlusconim o wydawnictwo Mondadori. To Pisapia w 2007 r. zażądał od Berlusconiego odszkodowania w wysokości 1 mld euro, o którym włoski sąd ma zadecydować w najbliższym czasie.
60-letni adwokat rozpoczął działalność polityczną prawie 40 lat temu w partii ekstremalnej lewicy Demokracja Proletariacka i był posłem Odrodzenia Komunistycznego. Podczas kryzysu parlamentarnego w 1998 r. wbrew własnej partii głosował za udzieleniem wotum zaufania rządowi Prodiego. W 2010 r. dzięki poparciu Lewicy, Ekologii, Wolności wygrał lewicowe prawybory na kandydata na burmistrza Mediolanu, wyprzedzając reprezentanta Partii Demokratycznej.
Pomimo próby prawicy przedstawienia Pisapii jako komunistycznego ekstremisty na adwokata głosowali przede wszystkim intelektualiści, mediolańska klasa średnia i młodzież. Obrońca Öcalana może i jest politycznym radykałem, ale zawsze pozostanie synem burżuazji, który waży słowa i jest realistą, choć nie boi się prowokacyjnych gestów. Nic więc dziwnego, że nowemu burmistrzowi nie przypadło do gustu przemówienie jego sponsora politycznego, gubernatora Apulii, który świętując zwycięstwo na placu przed katedrą, mówił o zdobyciu Mediolanu oraz proponował braterski uścisk z Cyganami i muzułmanami.
Nichi Vendola jest niepoprawnym utopistą, wierzącym w braterską miłość pomiędzy ludźmi i narodami. W wieku 14 lat zapisał się do Federacji Młodych Komunistów działającej przy Włoskiej Partii Komunistycznej, później był parlamentarzystą Odrodzenia Komunistycznego. Zaangażował się w działalność Stowarzyszenia Włoskich Lesbijek i Gejów „Arcigay” oraz stowarzyszenia LILA (Włoskiej Ligi Walki z AIDS). W 2005 r. został kandydatem na urząd gubernatora regionu Apulia z ramienia opozycyjnego centrolewicowego bloku Unia, stworzonego przez Romana Prodiego. Tak jak Pisapia wygrał prawybory. Centrowe ugrupowania Unii krytykowały jego kandydaturę, wskazując, że komunista i homoseksualista nie będzie w stanie wygrać w konserwatywnym i religijnym regionie. A jednak udało mu się, a w 2010 r. uzyskał reelekcję. Również w 2010 r. powstała Lewica, Ekologia, Wolność, która wyłoniła się z koalicji pozaparlamentarnych ugrupowań komunistycznych, socjalistycznych i zielonych (Ruch na rzecz Lewicy, Zjednoczenie Lewicy, Demokratyczna Lewica, Federacja Zielonych, Partia Socjalistyczna). Choć Vendola, który został liderem nowego podmiotu politycznego, w jego tworzeniu zastosował taktykę Prodiego, w rzeczywistości Lewica, Ekologia, Wolność powstała jako opozycja do centrolewicowej Partii Demokratycznej, która idzie bardziej w stronę centrum niż w lewo.
Jak widać na przykładzie Apulii i Mediolanu, wyborcy nagrodzili strategię Vendoli, który jest wyrafinowanym politykiem i wielkim oratorem. Homoseksualista z korzeniami komunistycznymi nie ukrywa, że chętnie kandydowałby na premiera Włoch. To byłoby możliwe, gdyby włoska centrolewica ogłosiła demokratyczne prawybory. Kto wie, czy na zasadzie całkowitej opozycji do Berlusconiego lewicowi wyborcy nie postawiliby na premiera z kolczykiem w uchu.


Tort w kształcie mózgu


Trochę trudno zrozumieć entuzjastyczne zapewnienie Vendoli, że Neapol został wyzwolony – bo jeżeli został wyzwolony, to właśnie od centrolewicy, która rządziła miastem i prowincją przez 10 lat (Rosa Russo Iervolino – burmistrz Neapolu w latach 2001-2011, Antonio Bassolino – gubernator Kampanii w latach 2000-2010) – zwłaszcza że Vendola w pierwszej turze poparł kandydata Partii Demokratycznej. Neapolitańczycy, którzy mają już dość zarówno poprzednich rządów, jak i obietnic Berlusconiego, używającego przed wyborami żołnierzy jako śmieciarzy, tym razem postawili na Luigiego de Magistrisa – człowieka Antonia Di Pietra z partii Włochy Wartości. W pierwszej turze wygrał on z kandydatem Partii Demokratycznej Mariem Morconem i konkurował o fotel burmistrza z Giannim Lettierim z Ludu Wolności. De Magistris, były prokurator, który prowadził we Włoszech niewygodne dochodzenia dotyczące korupcji politycznej, zrezygnował z kariery prokuratorskiej w 2009 r., po uzyskaniu mandatu do Parlamentu Europejskiego.
Również w Neapolu kampania przedwyborcza była ostra. De Magistris zarzucał Lettieriemu, że jego sponsorem politycznym jest Nicola Cosentino – były koordynator Ludu Wolności kandydujący w ubiegłym roku na gubernatora Kampanii i oskarżony o kontakty z kamorrą. W odwecie Carlo Giovanardi, podsekretarz rządu Berlusconiego do spraw rodziny, zaatakował byłego prokuratora, mówiąc, że będzie faworyzował gejów i transseksualistów. „Jeżeli ktoś zagłosuje na pana de Magistrisa, niech po powrocie do domu spojrzy w lustro i powie sobie: jestem mężczyzną lub kobietą bez mózgu”, zalecił w programie telewizyjnym „Drzwi w drzwi” premier Włoch, kierując epitet bezmózgowcy pod adresem neapolitańczyków.
Ci zaś odpłacili mu z nawiązką – w drugiej turze wyborcy centroprawicowi nie poszli głosować, a centrolewicowi oddali na Luigiego de Magistrisa 65,3% głosów. 75-letnia mieszkanka Neapolu, Teresa Paola Cremona di Vailate, złożyła skargę sądową na Berlusconiego za obrazę osobistą. „Radzę Berlusconiemu bardziej szanować Neapol i dziękuję mu za reklamę przedwyborczą, jaką mi zrobił. Za to wyślę mu tort w kształcie mózgu”, powiedział nowy burmistrz Neapolu.
„To jest podwójne zwycięstwo – po pierwsze, nad prawicą, po drugie, jest to zwycięstwo nowej centrolewicy – koalicji, która zjednoczyła się wokół Pisapii w Mediolanie, aby później powtórzyć sukces w drugiej turze w Neapolu – komentował Antonio Di Pietro, dla którego ta wygrana była osobistym sukcesem. – To ja namówiłem de Magistrisa, aby zrzucił togę i zajął się polityką, i teraz, kiedy został burmistrzem Neapolu, czuję się jak ojciec, którego syn osiągnął dojrzałość”.
De Magistrisa czeka trudne zadanie – zrobić porządek w Neapolu, radząc sobie zarówno ze śmieciami, jak i z kamorrą. „Ciekawe, jak to zrobi? Pewnie będzie wywoził śmieci traktorem Antonia Di Pietra”, żartował popularny komik Maurizio Crozza.


Kto się boi Che Guevary?


Nie tylko Berlusconi przegrał z „komunistami” – przegrał z nimi także Pier Luigi Bersani, lider Partii Demokratycznej, choć wraz z Romanem Prodim świętował zwycięstwo centrolewicy w wyborach samorządowych na placu przed Panteonem w Rzymie. „Zobaczyliśmy wreszcie, że można wygrywać. Zainwestujemy ten kapitał w budowę przyszłego rządu. Berlusconi powinien podać się do dymisji”, mówił. Mimo że włoski premier nadal ma większość w parlamencie – jak wynika z sondaży, centrolewica po raz pierwszy od czterech lat ma większość polityczną w kraju. Gdyby upadł rząd i doszłoby do wcześniejszych wyborów, Partia Demokratyczna uzyskałaby 10 punktów przewagi nad koalicją centroprawicową Ludu Wolności i Ligi Północnej, wchodząc w koalicję zarówno z Lewicą, Ekologią, Wolnością Vendoli oraz Włochami Wartości Di Pietra, jak i z katolickimi centrystami z „trzeciego bieguna”. Problem polega jednak na tym, że postchadecy nie chcą być w jednej koalicji z postkomunistami, a niestety są języczkiem u wagi. Bersani został więc przyparty do muru – z jednej strony szantażuje go Pier Ferdinando Casini, który już od 2008 r. jest w opozycji do Berlusconiego, z drugiej Di Pietro i Vendola, którzy tak naprawdę są ojcami sukcesu wyborczego lewicy. Aktualnemu liderowi Partii Demokratycznej brakuje charyzmy Prodiego, aby stworzyć nową Unię i zjednoczyć wszystkich opozycjonistów berluskonizmu. Gian Franco Fini, który doprowadził do rozłamu w partii Lud Wolności, też nie ma zamiaru układać się z lewicą w imię wyższych celów, bo to oznaczałoby jego polityczny koniec.
Mimo przegranej w wyborach samorządowych włoski premier Silvio Berlusconi nie musi więc jeszcze przymierzać się do trumny. O tym, że jednak jest poważnie zaniepokojony, najlepiej świadczy jego kolejna gafa na szczycie G8 we Francji, gdy podszedł do Baracka Obamy, poklepał go po ramieniu i powiedział: „W moim kraju panuje dyktatura komunistycznych sędziów, którzy chcą mnie pozbawić władzy!”. Jak żartowali niektórzy, może liczył na to, że Obama wyśle mu jednostkę komandosów, która zrobi desant na prokuraturę w Mediolanie. Drugim sygnałem obaw jest fakt, że rządzący do tej pory niepodzielnie własną partią przedsiębiorstwem Berlusconi utworzył wreszcie stanowisko jej sekretarza i obsadził je dotychczasowym ministrem sprawiedliwości Angelinem Alfanem, uznawanym za jego delfina. W berluscońskiej partii zapanowała też moda na „prawybory”, którymi centroprawica zmęczona kultem jednostki zaraziła się od centrolewicy.
To dopiero początek włoskiej pomarańczowej rewolucji. W odbywającym się referendum, dotyczącym energii nuklearnej i prywatyzacji wody, trzeci punkt dotyczy bezpośrednio procesów Berlusconiego, a raczej jego nieobecności w sali sądowej z powodu obowiązków instytucjonalnych. Gdyby udało się osiągnąć w nim odpowiednio wysoką frekwencję, byłoby to kolejne zwycięstwo lewicy, a także poważny problem dla premiera sądzonego w Mediolanie. Niestety od 1995 r. tylko jedna czwarta obywateli korzysta z przywileju demokracji bezpośredniej i głosuje w referendach.

Agnieszka Zakrzewicz
Tygodnik Przegląd - 24/2011.