Visualizzazione post con etichetta postberluskonizm. Mostra tutti i post
Visualizzazione post con etichetta postberluskonizm. Mostra tutti i post

sabato 1 febbraio 2014

Postberluskonizm. Czy Włosi zostaną w samych majtkach?


Nie przejmując się zimnem i konwencjami, 4 stycznia 2014 roku, dość pokaźny tłum kobiet w samej bieliźnie ustawił się przed sklepem Desigual, na centralnej ulicy Rzymu - Via del Corso. Pierwsze sto osób, otrzymało ubrania gratisowo, reszta rzuciła się na obniżki. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, skoro modowa firma zorganizowała podobne promocje w innych miastach świata: Nowy York, Tokio, Barcelona, Londyn, Berlin, Paryż, gdyby nie fakt, że event oddaje najlepiej aktualną ekonomiczną kondycję Włochów.

"Recesja we Włoszech skończyła się, ale jej efekty będą trwać jeszcze długo. Włochy w przyszłych miesiącach będą kroczyć po linie, ryzykując nadal upadek w przepaść. Będą w sytuacji, która przypomina bardziej niż etap post-kryzysowy, okres powojenny." - do takich konkluzji, w raporcie podsumowującym sześć lat kryzysu i opublikowanym w styczniu br., doszła Confindustria (Powszechna Konfederacja Przemysłu Włoskiego) – włoska organizacja pracodawców i przemysłowców działająca od 1910 roku i zrzeszająca 149 tysięcy przedsiębiorców, zatrudniających około 5,5 miliona pracowników.
Szkody jakie w słonecznej Italii przyniosła Wielka Recesja - trwająca od 2007 roku i zdaniem wielu ekonomistów oraz politologów gorsza od Wielkiego Kryzysu Gospodarczego z 1929-33 roku - można przyrównać jedynie do wojny.
W porównaniu z sytuacją sprzed sześciu lat włoskie PKB zmalało o 9,1%, a PKB per capita o 11,5% - czyli Włosi stali się ubożsi o 2.900 euro na głowę, wracając do stanu zamożności z 1996. Produkcja przemysłowa spadła o 24,6%, do poziomu z 1986. Przeciętna włoska rodzina wydaje mniej na podstawowe potrzeby o 5.037 euro, co równa się z zaniechaniem konsumpcji przez 7 tygodni w roku. Bezrobotnych jest już 7,3 miliona - dwa razy więcej niż 6 lat temu. 53% młodych ludzi pracuje na umowach śmieciowych, a 39% w ogóle nie ma pracy. Podwoiła się również liczba ubogich, których jest dziś aż 4,8 milionów.
W październiku 2013 roku, Włochy pobiły absolutny rekord negatywny państwowego długu publicznego - 2.085 miliardów euro i przewiduje się, że w pierwszym semestrze 2014 roku wzrośnie on do 130,8% PKB (o 7% więcej niż w tym samym okresie w 2012). Bez wątpienia w tym roku włoski rząd będzie miał trudności z utrzymaniem progu deficytowego na poziomie 2,9%, zgodnie z wymogami Komisji Europejskiej i Europejskiego Banku Centralnego.
Jak podał dziennik Wall Street Italia w okresie pomiędzy 2008 a 2012 we Włoszech upadło 9 tysięcy przedsiębiorstw liczących ponad 50 lat aktywności. Oznacza to, że jedna na cztery z historycznych firm musiała zakończyć działalność i zwolnić pracowników. Zgodnie z nową klasyfikacją Światowego Forum Ekonomicznego (World Economic Forum – szwajcarska fundacja non-profit znana z organizacji corocznej konferencji w Davos), Italia straciła konkurencyjność i spadła w tej dziedzinie na 49 pozycję na ich liście.
Włosi wpadli również w depresję. Zgodnie z ubiegłorocznym Raportem ONZ dotyczącym szczęśliwości na świecie - mieszkańcy pięknej Italii spadli na 45 mjejsce wśród obywateli zadowolonych z jakości swojego życia. Mimo wszystko jednak nadal wyprzedzają bardziej nieszczęśliwych Polaków, zajmujących 54 pozycję w oenzetowskiej klasyfikacji.

Ofiary kryzysu

Dziś Włochy to kraj gospodarczo zniszczony, tak jakby przeżył on wojnę. I choć pozornie nie widać setek, czy tysięcy zabitych w skutek działań militarnych - ofiar w ludziach nie brakuje. Samobójstwa popełniane z powodu bankructwa lub utraty pracy to najsmutniejsza statystyka, która obrazuje najlepiej rozmiary włoskiego kryzysu podczas Wielkiej Recesji.
Według badań prowadzonych przez Link Lab - laboratorium społeczno-ekonomiczne “Link Campus University”, w 2012 roku z powodów finansowych odebrało sobie życie 98 osób. Liczba ta wzrosła w 2013. Do października ub.r. (ostatni raport Link Lab), popełniło samobójstwo 119 osób i blisko połowa z nich to drobni przedsiębiorcy, którzy zbankrutowali lub nie mogli wyjść z długów. Szczególnie czarnym miesiącem był ubiegły marzec, gdy zabiło się 16 włoskich biznesmenów - w niektórych przypadkach nawet dwie osoby tego samego dnia. Okres ten przypadał na kolejny moment utraty stabilizacji politycznej Włoch - po upadku rządu Mario Montiego (grudzień 2012), który wprowadził rygorystyczną politykę oszczędnościową, jaka w zasadzie zdławiła włoską gospodarkę i przed utworzeniem rządu szerokiej koalicji kierowanego przez Enrica Lette (29 kwietnia 2013).
Głównym sposobem odbierania sobie życia z powodów finansowych jest powieszenie się - bardzo symboliczne w swojej wymowie. Niektórzy włoscy przedsiębiorcy strzelili sobie w głowę, jeszcze inni posunęli się do gestów tak rozpaczliwych, jak samopodpalenie. Większość przypadków odnotowano na północy kraju, w regionach wysoko uprzemysłowionych, które były do tej pory utożsamiane z dobrobytem i bogactwem.
We Włoszech rośnie również niepokojąco liczba osób, które decydują się na popełnienie samobójstwa po utracie pracy. Problem ten dotyka zwłaszcza ludzi pomiędzy 35-45 rokiem życia, którzy w tak trudnej sytuacji gospodarczej nie widzą już dla siebie przyszłości i boją się, że nie znajdą nowego zajęcia.
Tylko w pierwszym semestrze 2013 roku bankructwo ogłosiło 6.500 małych spółek i niestety biznes włoski upada w tym rytmie - ponad 1000 firm zamyka się co miesiąc.

Włochy zszarzały

Czy kryzys we Włoszech widać gołym okiem? Dla przeciętnego turysty być może słoneczna Italia jest zawsze piękna. Baczniejszy obserwator dostrzeże pewne symptomy degeneracji ekonomiczno-społecznej. Choć jeszcze dwa lata temu Silvio Berlusconi - jako premier - pytał się: "Gdzie ten kryzys? Skoro w każdą niedzielę restauracje są pełne, po luksusowe samochody trzeba stać w kolejce i trudno znaleźć miejsce w samolocie, bo Włosi bez przerwy jeżdżą na zagraniczne wakacje", w rzeczywistości coś namacalnie się zmieniło. Włochy zszarzały, posmutniały. Mieszkańcy pięknej Italii ubierają się skromniej, często sięgając po odzież używaną kupowaną na straganach i zaglądając do markowych sklepów tylko po rozpoczęciu obniżek. Luksus i marka w tym kraju jest zawsze w cenie - trudno się więc dziwić, że Włoszki są gotowe rozebrać się do majtek i stać na zimnie po ubrania Desigualu.
Zmieniły się także nawyki żywieniowe Włochów - od 2009 roku częściej kupują oni żywność w discountach, zastępując produkty markowe tymi tańszymi. W okresie Wielkiej Recesji aż o 22% spadła w Italii konsumpcja mięsa. Włosi kupują o 10% mniej produktów uważanych za podstawę diety śródziemnomorskiej: oliwa, ryby, warzywa, sery, owoce. Spadło spożycie napojów, w tym oczywiście wina i innych trunków alkoholowych, choć rodacy Berlusconiego nigdy w nich specjalnie nie gustowali. Nie dojadają i oszczędzają na jedzeniu zwłaszcza najbiedniejsi i ludzie starzy.
Jednego oczywiście "zjadacze makaronu" nie mogą sobie odmówić - niedzielnego, rodzinnego obiadu w restauracji. Ale i tu przyzwyczajenia zmodyfikował cienki portfel. Włosi wybierają tańsze restauracje, nawet "Chińczyka" i ograniczyli ilość jedzenia. Pod tym względem może kryzys wyjdzie im na zdrowie. Zresztą kuchnia włoska narodziła się z biedy - nic nie kosztuje mniej od pizzy i talerza spaghetti z sosem pomidorowym. Włosi potrafili jednak sprzedać swoje tanie przysmaki po wysokiej cenie na całym świecie.
Kolejny symptom degeneracji ekonomiczno-społecznej to degradacja historycznych centrów miejskich. Nawet w miastach turystycznych takich jak Rzym czy Florencja widać ogłoszenia "Sprzedam", "Wynajmę" wiszące na zasuniętych żaluzjach sklepów i na drzwiach wejściowych do kamienic. Ludzie chcą sprzedać mieszkania w centrum, by wyprowadzić się na peryferie lub pod miasto, gdzie życie jest tańsze. Ale i w wielu mniejszych miastach i małych miasteczkach, problem wyludnienia staje się coraz bardziej poważny, bo Włosi zaczęli masowo emigrować za granicę.
W coraz bardziej zaniedbanych centrach historycznych, na pięknych placach i na schodach zabytkowych kościołów oraz budowli, koczuje coraz więcej bezdomnych. I nie są to tylko polscy pijaczkowie, czy rumuńscy Cyganie. Wśród kloszardów żyjących na włoskich ulicach jest coraz więcej Włochów - starych i młodych.
Kryzys we Włoszech odczuwają również Polacy żyjący i pracujący tutaj. Opiekunkom zajmującym się starszymi i chorymi coraz trudniej jest znaleźć pracę, kiedy ją stracą. Większości Polek pracujących tu na tzw. "stałkach" (całodobowa opieka) czy sprzątających na godziny obniżono pensję. Kto chce tu jeszcze trochę popracować, akceptuje to, choć jest to już na progu opłacalności.
A Włosi? Emeryci, którzy mają zdrowie jadą przezimować do Indii, bo nie stać ich na życie we Włoszech, o wiele droższe od tego pod palmą na plaży w Goa. Młodzi wyjeżdżają do Londynu robić konkurencję na zmywaku Polakom i Bułgarom, a ci bardziej przedsiębiorczy wybierają Europę Wschodnią - bardzo chętnie właśnie Polskę - by założyć tu swój biznes. I bardzo sobie nasz kraj chwalą.

Przyczyny kryzysu

Czy aktualnej sytuacji we Włoszech jest winna tylko Wielka Recesja, która wybuchła w Stanach Zjednoczonych i niczym poważna choroba zakaźna zaraziła system ekonomiczny zjednoczonej Europy, atakując jej najsłabsze ogniwa? Nie. Państwa ekonomicznie chore były bardziej podatne na wirusy finansowe wolnego rynku niszczące ich gospodarkę. Do nich - oprócz Grecji, Hiszpanii i Portugalii, należą bez wątpienia Włochy, które w okresie powojennym, aż do 1987 roku, były piątą potęgą przemysłową świata po Stanach Zjednoczonych, Japonii, Niemczech i Francji.
Głównym problemem Italii jest kolosalny dług publiczny, który przekroczył już 2000 miliardów euro i wciąż rośnie. Dług ten rozrósł się właśnie w latach 80-tych ubiegłego wieku, gdy uprzemysłowione Włochy przeżywały swoją "złotą epokę". W okresie Pierwszej Republiki rządzonej na przemian przez chadeków Andreottiego i socjalistów Craxiego (a czasami nawet wspólnie). To w tym okresie, olbrzymie sumy z kasy państwowej były pompowane do zaprzyjaźnionych spółek prywatnych, wracając w części do partii politycznych pod postacią łapówek i czyniąc z przemysłu włoskiego giganta na glinianych nogach, niezdolnego później sprostać wyzwaniom globalizacji. Nadmierny dodruk pieniędzy doprowadził do galopującej inflacji, a ta w końcu do załamania ekonomiczno-politycznego Pierwszej Republiki.
Włochy, będące jednym z krajów założycieli Wspólnoty Europejskiej, do Unii Europejskiej w 1993 roku weszły już z poważnym obciążeniem w postaci swojego długu publicznego i słabości systemu gospodarczego. UE stała się dla tego kraju bronią obusieczną - z jednej strony wspólna moneta i struktury ponad państwowe broniły kraj przed skutkami dzikiej globalizacji, z drugiej ograniczały interwencjonizm państwowy i zmuszały wszystkie włoskie spółki do zdrowej konkurencji na terenie UE i na arenie międzynarodowej. Italia zaczęła tracić konkurencyjność w obliczu wolnego rynku. Brak reform strukturalnych i "moralnego" systemu państwa, podczas długiej, blisko dwudziestoletniej epoki Berlusconiego doprowadziło Włochy na skraj przepaści. Kuracja wstrząsowa ograniczająca się jedynie do cięć i oszczędności, zastosowana przez profesora Mario Montiego, wepchnęła kraj w niemal śmiertelną recesję. Dziś, za rządów Enrico Letty, wydaje się, że Italia z niej wychodzi. Nowy premier - choć daje zewnętrzne poczucie stabilności politycznej swojego państwa - nadal grzeszy całkowitą inercją, jeśli chodzi o reformy strukturalne.

Wszystkiemu winne euro?

"Od euro się umiera" - od lat powtarzał Włochom amerykański ekonomista i strateg Edward Luttwak, aż w końcu uwierzyli... W 2013 roku po raz pierwszy liczba obywateli przekonanych o tym, że ich kraj postąpił źle wchodząc do Strefy Euro i że powinien ją opuścić - zbliżyła się do 50%. Jeszcze w 2011 roku 80% Włochów było przekonanych o pozytywnym wpływie nowej monety na ich ekonomię, dziś aż 71% z nich uważa, że przez euro zbiednieli. Trudno się temu dziwić skoro gdy 1 stycznia 2002 roku, wspólna moneta europejska zastąpiła włoskie liry, co sprytniejsi Włosi zamiast zastosować oficjalny przelicznik (1,936 lirów = 1 euro) zastąpili 1000 lirów przez 1 euro, podwajając ceny niektórych produktów i usług oraz wzbogacając się kosztem innych współobywateli. Było to możliwe dzięki brakowi odpowiednich mechanizmów kontroli ze strony ówczesnego rządu.
Włochy nie były przygotowane do wejścia do Eurostrefy, a przynajmniej nie od razu.  Stąd pokusa, aby ją teraz opuścić, wrócić do własnej monety, odzyskać "suwerenność" bankową, dodrukowywać potrzebne pieniądze nie bacząc na inflację jak w starych dobrych czasach.
Jak wynika z pewnych niedyskrecji i spekulacji dziennikarskich już w 2011 roku premier Silvio Berlusconi, bez konsultacji z nikim, podjął tajne pertraktacje z innymi członkami Unii Europejskiej, aby umożliwić Włochom wyjście z Eurostrefy. Jak twierdzi włoska prawica - właśnie z tego powodu został zmuszony do dymisji, także pod wpływem polityki zagranicznej i zastąpiony przez "eurowiernego" Montiego. Dziś magnat telewizyjny,  - który pomimo definitywnego wyroku nie został jeszcze skazany na areszt domowy lub prace społeczne - nadal uprawia politykę, przyodziewając się w szaty największego eurosceptyka.
Także Beppe Grillo konkuruje z Berlusconim w eurosceptyzmie. W listopadzie ubiegłego roku, otwierając kampanię przedwyborczą Ruchu 5 Gwiazd do Parlamentu Europejskiego, przedstawił swój polityczny plan: opuszczenie Eurostrefy, powrót do lirów i stworzenie koalicji państw południowej Europy przeciwko dyktatowi niemieckiemu, zniesienie Fiscal compact, ustanowienie obligacji Eurobond i przyzwolenie na deficyt wyższy niż 3%. Grillo chce też ogłosić referendum, w którym Włosi wypowiedzą się czy są za, czy przeciw euro.
Dla zdrowo myślących Włochów wspólny, antyeuropejski front Berlusconiego i Grillo jest nowym horrorem. Także Europa przestrzega Włochy przed pochopną zmianą monety. Taki krok zdewaluowałby nowe liry przynajmniej o 40% w stosunku do euro, podnosząc jeszcze bardziej zadłużenie zarówno publiczne, jak i prywatne. Włoska klasa średnia zostałaby praktycznie zmieciona, stając się europejską biedotą. Obywatele żyjący dziś na skraju ubóstwa popadliby w nędzę. Tylko bogaci, którzy zabezpieczyli już gotówkę w walucie, w rajach podatkowych mogliby się wzbogacić w tej sytuacji i spać spokojnie. Reszta Włochów zostałaby w samych majtkach.

Agnieszka Zakrzewicz z Rzymu

Jak żyć bez Berlusconiego... czyli na co cierpi włoska lewica?



Czy włoska lewica będzie potrafiła sprostać wielkiemu wyzwaniu jakim jest zmierzch Silvio Berlusconiego? Dziś Włochy mają poważny problem - nie są to "kłopoty" prawne byłego prawicowego premiera, lecz brak jedności jego przeciwników i nieumiejętność wyłonienia lidera, który zdoła rządzić krajem. Tegoroczna jesień w słonecznej Italii może być bardziej gorąca politycznie niż upalne lato.

Po zapadnięciu definitywnego wyroku skazującego na 4 lata za oszustwa podatkowe, były premier Silvio Berlusconi znajduje się w najtrudniejszym i najdelikatniejszym momencie swojej kariery politycznej. Dzięki różnym ustawom, które zostały przygotowane "na miarę" i przegłosowane za jego długich rządów, Berlusconiemu grozi tylko rok aresztu domowego lub pracy społecznej, gdyż trzy lata wyroku "anulowały się" dzięki amnestii z 2006. Nam Polakom trudno to zrozumieć, ale we Włoszech takie rzeczy są możliwe... To jednak dopiero początek, bo nad liderem włoskiej prawicy wiszą jak topór kolejne orzeczenia sądowe w związku z aferą Rubygate oraz nowy proces dotyczący przekupstwa politycznego, które doprowadziło do upadku rządu Prodiego.
Magnat telewizyjny ma już 77 lat, więc w żadnym wypadku nie trafi nigdy do więzienia. Nie grozi mu natychmiastowa utrata praw publicznych na pięć lat, bo sąd kasacyjny nakazał powtórne rozpatrzenie tej części werdyktu drugiej instancji.
W rezultacie najbogatszemu człowiekowi Włoch zagraża jedno: nie będzie mógł uprawiać polityki - a dla Berlusconiego i dla jego partii to oczywiście najsroższa kara.
W wyniku tzw. "ustawy Severino", uchwalonej rok temu za rządów Mario Montiego, do włoskiego parlamentu nie mogą kandydować osoby skazane definitywnie na więcej niż dwa lata więzienia. Berlusconi został "wyrokowcem" pełniąc funkcję senatora. Najpóźniej do końca października do Senatu wpłynie nakaz wykonania wyroku i będzie on musiał przegłosować uchylenie lub utrzymanie immunitetu Silvia B.
Najważniejszą rolę w tym historycznym akcie odegra Partia Demokratyczna, której członkowie dziś wchodzą w skład koalicyjnego rządu wraz z przedstawicielami berluscońskiego Ludu Wolności. Jeżeli jej parlamentarzyści zagłosują za utrzymaniem immunitetu, uznając, że ustawa nie może działać retroaktywnie, we Włoszech dojdzie do bezprecedensowego konfliktu pomiędzy polityką a niezawisłym wymiarem sprawiedliwości. Jeżeli go uchylą - PD wejdzie w konflikt z PDL, co najprawdopodobniej doprowadzi do upadku rządu Enrico Letty i nowych wyborów. Nie wiadomo tylko kiedy to nastąpi, z czyjej winy i komu się to będzie opłacać?
Silvio Berlusconi dał słowo, że on tym razem "nie wyłączy prądu", tak jak zrobił to  Mario Montiemu.
Włoska polityka to aktualnie wielka szachownica, na której rozgrywa się bardzo skomplikowana partia. Król został zaszachowany i nie wiele brakuje do mata, no chyba, że znów będzie pat...

Wojna wewnątrzpartyjna

"Miejmy nadzieję, że interesy kraju przeważą nad interesami osobistymi" - Enrico Letta, nowy lewicowy premier zignorował kompletnie problemy prawne Berlusconiego, komentując wyrok tym jednym zdaniem. Aktualny przewodniczący PD - były związkowiec Gulielmo Epifani, który ma za zadanie kierować partią po dymisji Pier Luigiego Bersaniego aż do Kongresu, stwierdził: "Wyroki sądowe należy szanować i respektować". Matteo Renzi - prezydent Florencji, mający ambicję zostać liderem centrolewicy oraz przyszłym premierem Włoch, przed wydaniem orzeczenia trybunału w Mediolanie "kibicował" Berlusconiemu, jakby to był mecz piłkarski, a nie postępowanie karne.
W PD rośnie jednak grono niezadowolonych, którzy nie chcą współrządzić z "wyrokowcem" i nie popierają koalicji z jego partią, uważając, że to zdrada wyborców, choć dali rządowi Letty wotum zaufania ze względu na dobro i jedność własnej partii. Lewicowych dysydentów reprezentuje Giuseppe Civati - młody, inteligentny, rozgadany, aczkolwiek jeszcze zbyt mało zaprawiony w makiawelistycznych wybiegach, aby walczyć o przywództwo i poważną rolę na włoskiej scenie politycznej. To on skupia wokół siebie   nowe pokolenie osieroconych zwolenników Bersaniego, który wolał podać się do dymisji, niż rządzić wspólnie ze swoim politycznym wrogiem.
Niestety to właśnie za błędy Bersaniego płaci dziś słono włoska centrolewica - choć starszy lider wygrał prawybory z młodszym Renzim, nie potrafił jednak sprostać Berlusconiemu. Zlekceważył doświadczenie medialne i propagandowe swojego przeciwnika, ufał własnym sondażom dającym mu pewne zwycięstwo, nie potrafił zbudować szerokiej lewicowej koalicji (tak jak swego czasu zrobił to Romano Prodi) i przede wszystkim przecenił ugrupowanie Beppe Grillego, z którym za wszelką cenę chciał stworzyć rząd. Wprawdzie PD wygrała lutowe wybory polityczne, ale okazały się one dla niej wielkim fiaskiem (Bersani uzyskał 29,53% głosów, Berlusconi 29,18%, Grillo 25,09%) i zmusiły do układów z Ludem Wolności.
Partito Democratico jest dziś jak smok wielogłowy, który w wewnętrznej walce o lidership i odnowę pokoleniową, gryzie siebie samego i pożera własny ogon. Ostateczna rozgrywka o przywództwo partyjne i załatwienie wewnętrznych porachunków została odłożona do Kongresu oraz nowych prawyborów. Zasady współzawodnictwa wewnątrzpartyjnego mają zostać ustalone 20 i 21 września na posiedzeniu Rady Krajowej. Prawybory włoskiej lewicy są przewidywane wstępnie na 24 października b.r.
To będzie bardzo gorący moment, gdyż wyrok na Berlusconiego się już uprawomocni i będzie musiał zostać wyegzekwowany.

Matteo Renzi czyli idzie nowe

W tej sytuacji jedynie Matteo Renzi wydaje się najbardziej wyrazistym politykiem centroprawicy, zdolnym zagrozić Berlusconiemu. Ma 38 lat - jest więc bardzo młody, jak na polityczną średnią Włoch, gdzie u władzy utrzymują się siedemdziesięciolatkowie. Niezwykle ambitny i innowacyjny. Karierę polityczną rozpoczął w liceum, w latach dziewięćdziesiątych tworzył w Toskanii komitety Prodiego, w okresie 2004-2009 był prezydentem Prowincji Florenckiej, a od czterech lat jest prezydentem jednego z najpiękniejszych włoskich miast. Florentczycy go doceniają i kochają. Prowadzi politykę obywatelską ukierunkowaną na waloryzację i ochronę zabytków (ograniczenia nowej zabudowy w centrum, zamknięcie ruchu samochodowego i uprzywilejowanie ekologicznych środków transportu, rewitalizacja miejska), wprowadził pełną przejrzystość finansową (budżet, przychody i wydatki urzędu miasta są publikowane w internecie) oraz zmniejszył ilość osób zatrudnianych w administracji i spółkach miejskich, a opłacanych z kieszeni podatników.
W 2010 roku Matteo Renzi stanął na czele wewnątrzpartyjnego ruchu "złomiarzy" (od włoskiego rottamazione - złomowanie), domagającego się wymiany pokoleniowej na najwyższych szczeblach Partii Demokratycznej i odejścia starych działaczy. Wraz z Giuseppe Civatim i Deborą Serracchiani zorganizował we Florencji zjazd reformatorski, w którym brało udział ponad 6000 uczestników - inicjatywa, która poszła w niesmak historycznym liderom, stając się jednocześnie dla nich alarmem ostrzegawczym. Jego największymi przeciwnikami stali się Massimo D'Alema i Rosi Bindi. Renzi stworzył też swoją fundację o wymownej nazwie "Big Bang", mającą za cel doprowadzenie do wewnętrznych przemian w PD i zdobycia przez lewicę Pałacu Chigi (siedziba włoskiego rządu).
Trzy lata temu, prezydent Florencji - jako jedyny polityk włoskiej lewicy - udał się na kolację z Berlusconim, do jego prywatnej wilii w Arcore. Choć, jak twierdził później - spotkanie miało charakter instytucjonalny na szczeblu administracyjno-rządowym - to przyspożyło mu ono wiele krytyk i do dziś wzbudza podejrzenia lewicowych wyborców.
W grudniu 2012 roku, Renzi ogłosił po raz pierwszy swój udział w prawyborach, mających wyłonić sekretarza partii i kandydata na premiera. W pierwszej turze uplasował się jako drugi, wygrywając z Nichim Vendolą i zdobywając wiele głosów w tradycyjnie komunistycznych regionach Włoch - Toskania, Umbria i Marche. W drugiej turze przegrał z Pier Luigim Bersanim (39,1% do 60,9%). Pomimo to lojalnie prowadził z nim później kampanię przedwyborczą i otwarcie poparł go w lutowych wyborach politycznych.
Dymisja Bersaniego znów otworzyła Renziemu drogę do przywództwa w PD, a przede wszystkim do ubiegania się o kandydaturę na stanowisko premiera. We własnej partii ma licznych wrogów, którzy chcą mu utrudnić lub wręcz uniemożliwić demokratyczne współzawodnictwo, widząc że wzrasta jego popularność wśród wyborców. Rośnie jednak także i umacnia się ugrupowanie jego zwolenników. To powód, dla którego Partito Democratico nie wyznaczyło jeszcze daty swojego kongresu oraz definitywnej daty prawyborów i ich zasad. Rada polityczna nie może się dogadać, czy tak, jak do tej pory przewodniczący partii automatycznie ma być kandydatem na premiera, czy może lepiej te funkcje rozdzielić. Jest to powodowane strachem, o to, że w przypadku zwycięstwa Renziego, cały centrolewicowy aparat polityczny może trafić w ręce "złomiarzy", a stara klasa polityczna pójdzie prosto na szrot.

Narzędzie w ręku Berlusconiego

Matteo Renzi jest za znalezieniem jakiegoś instytucjonalnego rozwiązania (dożywotnie senatorstwo lub amnestia), które wybawi Berlusconiego raz na zawsze z kłopotów z prawem i pozwoli mu godnie opuścić scenę polityczną. Uważa, że lidera prawicy, na którego głosowało ponad 10 milionów Włochów należy pokonać w wyborach, a nie wyrokami sądu. W swoim pragmatycznym podejściu do węzła gordyjskiego, który bez wątpienia dla Włoch stanowią procesy Silvia B., Renzi zapomina o tym, o czym jednak nie może zapomnieć spora część jego potencjalnych wyborców - były prawicowy premier został osądzony nie za swoje poglądy polityczne, lecz za pospolite przestępstwa, których dokonał jako biznesmen, zanim wszedł do polityki.
Również program polityczny proponowany przez prezydenta Florencji, trąci bardziej neoliberalizmem niż socjalliberalizmem. Renzi zresztą nie ukrywa, że chce zdobyć poparcie polityczne i głosy, nie skrajnej lewicy lecz rozczarowanych wyborców Berlusconiego. Dofinansowania i ulgi dla drobnego biznesu, liberalizacje gospodarcze, utrzymanie elastyczności rynku pracy, ale także obniżenie podatków dla osób fizycznych, obcięcie wydatków publicznych, tworzenie miejsc pracy dla kobiet i budowa żłobków, co ma pozwolić im wrócić jak najszybciej do aktywności zawodowej, a przede wszystkim zmniejszenie lub całkowite zniesienie dofinansowania publicznego dla partii politycznych - oto dziwny miks idei programowych, który utrudnia jednoznaczną klasyfikację naczelnego włoskiego "złomiarza" po lewej lub prawej stronie sceny politycznej.
"Renzi realizuje nasze pomysły pod szyldem PD" - powiedział podczas ostatniej kampanii wyborczej Silvio Berlusconi, deklarując, że gdyby młody lider stał się przywódcą lewicy, on spokojnie odszedłby ze sceny politycznej. "Berlusconi pierwszy powinien zostać "zezłomowany". - skwitował adresat.
Prezydent Florencji zorientował się jednak, że podkupowanie prawicowych wyborców nie jest dla niego najszczęśliwszą taktyką, gdyż wzrost lub spadek zaufania jego własnych lewicowych wyborców jest uzależniony od opinii, jakie wyraża o nim Silvio B. Pochlebstwa magnata telewizyjnego wcale nie robią mu dobrze. Kiedy natomiast Berlusconi postawił weto przeciwko jego kandydaturze na szefa rządu i poparł Enrica Lettę, jego notowania bardzo wzrosły.
Polityczny "złomiarz", który chce za wszelką cenę zostać kolejnym premierem Włoch, ma jednak duży problem. W lipcu, dziennik "La Repubblica" ujawnił niedyskrecje z narady sztabu PDL, podczas której Berlusconi powiedział: "Matteo Renzi pomoże mi doprowadzić do upadku rządu".
Rzeczywiście tu interesy jednego i drugiego idą w parze, gdyż Renzi wie doskonale, że im dłużej Enrico Letta pozostaje premierem, tym bardziej maleją jego szanse.

Grillo rozczarował wszystkich

Renzi znajduje się w sytuacji nie do pozazdroszczenia: z jednej strony rozgrywki wewnętrzne i wrogość kolegów partyjnych chcących zniweczyć jego plany, z drugiej makiawelistyczne podchody Berlusconiego, który chce go wykorzystać jako pionka na szachownicy. Do tego wszystkiego dołożył się również Beppe Grillo, atakując go na własnym blogu: "Czy młody głupiec z Florencji, Matteo Renzi, może udowodnić, że 55 parlamentarzystów pod jego wodzą nie dopomogło w zatrzymaniu Prodiego, a przez to w stworzeniu aktualnego rządu, który de facto jest kierowany przez Berlusconiego, tak jak potwierdza to vox populi?"
Podczas wyborów Prezydenta Republiki Włoskiej, odbywających się poprzez tajne głosowanie parlamentarne, byłemu Przewodniczącemu Komisji Europejskiej zabrakło 101 głosów, aby zostać głową państwa. Sycylijski komik też nie ma czystego sumienia w tej kwestii, bo jego partia do końca forsowała kandydaturę Stefana Rodotà, zamiast zagłosować na Prodiego we właściwym momencie. Atakuje Renziego, gdyż szuka winnego własnych błędów.
To właśnie stworzony przez niego Ruch Pięciu Gwiazd, który w wyborach lutowych odniósł tak wielki sukces, Włosi obarczają teraz największą odpowiedzialnością za aktualną sytuację i za to, że nie potrafił wykorzystać historycznej szansy na zmiany polityczne w kraju. Beppe Grillo i jego partia rozczarowali wszystkich. Niedojrzałość polityczna parlamentarzystów M5S, którzy nie chcieli wejść do rządu Bersaniego na pewno zostanie ukarana przez elektorat. Notowania partii spadały z 25,9% już poniżej 20%. Wielu wyborców, którzy zagłosowali na Grillego, dziś deklaruje swoje poparcie dla Renziego.
Komik też już przekroczył siedemdziesiątkę i jego kwiecisty język (Belusconiego nazwał "trupem", a włoski parlament "cuchnącym grobem"), budzi więcej zastrzeżeń niż aplauzów. Może się okazać, że to on jako pierwszy zostanie "zezłomowany" w przyszłych wyborach.

Gorąca jesień

Choć lato we Włoszech było bardzo gorące, prawdziwy wzrost temperatury politycznej nastąpi od września. Wtedy każda okazja i każdy pretekst by doprowadzić do upadku rządu Letty może być dobry. Najczarniejsze prognozy obserwatorów politycznych przewidują, że zbiegnie się to z wyborami w Niemczech, które odbędą się 22 września, lub zaraz po nich. Włochy mogą pozostać bez rządu w momencie powtórnego wybuchu europejskiego kryzysu finansowego, co - jak przewidują niektórzy analitycy rynkowi - ma nastąpić właśnie na jesieni, gdyby Niemcy zostały osłabione politycznie po przegranej Angeli Merkel. Wtedy słoneczną Italię może czekać scenariusz grecki, a to nie wróży nic dobrego, ani wspólnej monecie euro, ani Unii Europejskiej.
Jeżeli we Włoszech dojdzie do wyborów na jesieni lub wiosną 2014 roku, mogą się one odbyć w atmosferze wojny cywilnej i otwartej walki wszystkich z wszystkimi.
W tej sytuacji nikt z włoskich polityków nie chce brać na siebie odpowiedzialności za upadek rządu Letty - a na pewno nie zrobi tego Berlusconi. Magnatowi telewizyjnemu przedwczesne wybory nie są na rękę, gdyż siedząc w areszcie domowym nie będzie mógł prowadzić kampanii przedwyborczej. Sytuacja jest na tyle patowa, że wbrew wszystkim przewidywaniom może się okazać, że aktualny lewicowo-prawicowy rząd koalicyjny przetrwa jednak całe 18 miesięcy - meta, którą sam sobie wyznaczył.
W tym wielkim zamieszaniu, Włosi na pewno zrozumieli jedno - prawdziwym problemem kraju jest nie Berlusconi i jego przestępstwa, lecz włoska lewica  skonfliktowana wewnętrznie, nie potrafiąca od dwudziestu lat wyłonić jednego lidera, który zdoła rządzić krajem.

Agnieszka Zakrzewicz