Visualizzazione post con etichetta Romano Prodi. Mostra tutti i post
Visualizzazione post con etichetta Romano Prodi. Mostra tutti i post

sabato 1 febbraio 2014

Postberluskonizm. Czy Włosi zostaną w samych majtkach?


Nie przejmując się zimnem i konwencjami, 4 stycznia 2014 roku, dość pokaźny tłum kobiet w samej bieliźnie ustawił się przed sklepem Desigual, na centralnej ulicy Rzymu - Via del Corso. Pierwsze sto osób, otrzymało ubrania gratisowo, reszta rzuciła się na obniżki. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, skoro modowa firma zorganizowała podobne promocje w innych miastach świata: Nowy York, Tokio, Barcelona, Londyn, Berlin, Paryż, gdyby nie fakt, że event oddaje najlepiej aktualną ekonomiczną kondycję Włochów.

"Recesja we Włoszech skończyła się, ale jej efekty będą trwać jeszcze długo. Włochy w przyszłych miesiącach będą kroczyć po linie, ryzykując nadal upadek w przepaść. Będą w sytuacji, która przypomina bardziej niż etap post-kryzysowy, okres powojenny." - do takich konkluzji, w raporcie podsumowującym sześć lat kryzysu i opublikowanym w styczniu br., doszła Confindustria (Powszechna Konfederacja Przemysłu Włoskiego) – włoska organizacja pracodawców i przemysłowców działająca od 1910 roku i zrzeszająca 149 tysięcy przedsiębiorców, zatrudniających około 5,5 miliona pracowników.
Szkody jakie w słonecznej Italii przyniosła Wielka Recesja - trwająca od 2007 roku i zdaniem wielu ekonomistów oraz politologów gorsza od Wielkiego Kryzysu Gospodarczego z 1929-33 roku - można przyrównać jedynie do wojny.
W porównaniu z sytuacją sprzed sześciu lat włoskie PKB zmalało o 9,1%, a PKB per capita o 11,5% - czyli Włosi stali się ubożsi o 2.900 euro na głowę, wracając do stanu zamożności z 1996. Produkcja przemysłowa spadła o 24,6%, do poziomu z 1986. Przeciętna włoska rodzina wydaje mniej na podstawowe potrzeby o 5.037 euro, co równa się z zaniechaniem konsumpcji przez 7 tygodni w roku. Bezrobotnych jest już 7,3 miliona - dwa razy więcej niż 6 lat temu. 53% młodych ludzi pracuje na umowach śmieciowych, a 39% w ogóle nie ma pracy. Podwoiła się również liczba ubogich, których jest dziś aż 4,8 milionów.
W październiku 2013 roku, Włochy pobiły absolutny rekord negatywny państwowego długu publicznego - 2.085 miliardów euro i przewiduje się, że w pierwszym semestrze 2014 roku wzrośnie on do 130,8% PKB (o 7% więcej niż w tym samym okresie w 2012). Bez wątpienia w tym roku włoski rząd będzie miał trudności z utrzymaniem progu deficytowego na poziomie 2,9%, zgodnie z wymogami Komisji Europejskiej i Europejskiego Banku Centralnego.
Jak podał dziennik Wall Street Italia w okresie pomiędzy 2008 a 2012 we Włoszech upadło 9 tysięcy przedsiębiorstw liczących ponad 50 lat aktywności. Oznacza to, że jedna na cztery z historycznych firm musiała zakończyć działalność i zwolnić pracowników. Zgodnie z nową klasyfikacją Światowego Forum Ekonomicznego (World Economic Forum – szwajcarska fundacja non-profit znana z organizacji corocznej konferencji w Davos), Italia straciła konkurencyjność i spadła w tej dziedzinie na 49 pozycję na ich liście.
Włosi wpadli również w depresję. Zgodnie z ubiegłorocznym Raportem ONZ dotyczącym szczęśliwości na świecie - mieszkańcy pięknej Italii spadli na 45 mjejsce wśród obywateli zadowolonych z jakości swojego życia. Mimo wszystko jednak nadal wyprzedzają bardziej nieszczęśliwych Polaków, zajmujących 54 pozycję w oenzetowskiej klasyfikacji.

Ofiary kryzysu

Dziś Włochy to kraj gospodarczo zniszczony, tak jakby przeżył on wojnę. I choć pozornie nie widać setek, czy tysięcy zabitych w skutek działań militarnych - ofiar w ludziach nie brakuje. Samobójstwa popełniane z powodu bankructwa lub utraty pracy to najsmutniejsza statystyka, która obrazuje najlepiej rozmiary włoskiego kryzysu podczas Wielkiej Recesji.
Według badań prowadzonych przez Link Lab - laboratorium społeczno-ekonomiczne “Link Campus University”, w 2012 roku z powodów finansowych odebrało sobie życie 98 osób. Liczba ta wzrosła w 2013. Do października ub.r. (ostatni raport Link Lab), popełniło samobójstwo 119 osób i blisko połowa z nich to drobni przedsiębiorcy, którzy zbankrutowali lub nie mogli wyjść z długów. Szczególnie czarnym miesiącem był ubiegły marzec, gdy zabiło się 16 włoskich biznesmenów - w niektórych przypadkach nawet dwie osoby tego samego dnia. Okres ten przypadał na kolejny moment utraty stabilizacji politycznej Włoch - po upadku rządu Mario Montiego (grudzień 2012), który wprowadził rygorystyczną politykę oszczędnościową, jaka w zasadzie zdławiła włoską gospodarkę i przed utworzeniem rządu szerokiej koalicji kierowanego przez Enrica Lette (29 kwietnia 2013).
Głównym sposobem odbierania sobie życia z powodów finansowych jest powieszenie się - bardzo symboliczne w swojej wymowie. Niektórzy włoscy przedsiębiorcy strzelili sobie w głowę, jeszcze inni posunęli się do gestów tak rozpaczliwych, jak samopodpalenie. Większość przypadków odnotowano na północy kraju, w regionach wysoko uprzemysłowionych, które były do tej pory utożsamiane z dobrobytem i bogactwem.
We Włoszech rośnie również niepokojąco liczba osób, które decydują się na popełnienie samobójstwa po utracie pracy. Problem ten dotyka zwłaszcza ludzi pomiędzy 35-45 rokiem życia, którzy w tak trudnej sytuacji gospodarczej nie widzą już dla siebie przyszłości i boją się, że nie znajdą nowego zajęcia.
Tylko w pierwszym semestrze 2013 roku bankructwo ogłosiło 6.500 małych spółek i niestety biznes włoski upada w tym rytmie - ponad 1000 firm zamyka się co miesiąc.

Włochy zszarzały

Czy kryzys we Włoszech widać gołym okiem? Dla przeciętnego turysty być może słoneczna Italia jest zawsze piękna. Baczniejszy obserwator dostrzeże pewne symptomy degeneracji ekonomiczno-społecznej. Choć jeszcze dwa lata temu Silvio Berlusconi - jako premier - pytał się: "Gdzie ten kryzys? Skoro w każdą niedzielę restauracje są pełne, po luksusowe samochody trzeba stać w kolejce i trudno znaleźć miejsce w samolocie, bo Włosi bez przerwy jeżdżą na zagraniczne wakacje", w rzeczywistości coś namacalnie się zmieniło. Włochy zszarzały, posmutniały. Mieszkańcy pięknej Italii ubierają się skromniej, często sięgając po odzież używaną kupowaną na straganach i zaglądając do markowych sklepów tylko po rozpoczęciu obniżek. Luksus i marka w tym kraju jest zawsze w cenie - trudno się więc dziwić, że Włoszki są gotowe rozebrać się do majtek i stać na zimnie po ubrania Desigualu.
Zmieniły się także nawyki żywieniowe Włochów - od 2009 roku częściej kupują oni żywność w discountach, zastępując produkty markowe tymi tańszymi. W okresie Wielkiej Recesji aż o 22% spadła w Italii konsumpcja mięsa. Włosi kupują o 10% mniej produktów uważanych za podstawę diety śródziemnomorskiej: oliwa, ryby, warzywa, sery, owoce. Spadło spożycie napojów, w tym oczywiście wina i innych trunków alkoholowych, choć rodacy Berlusconiego nigdy w nich specjalnie nie gustowali. Nie dojadają i oszczędzają na jedzeniu zwłaszcza najbiedniejsi i ludzie starzy.
Jednego oczywiście "zjadacze makaronu" nie mogą sobie odmówić - niedzielnego, rodzinnego obiadu w restauracji. Ale i tu przyzwyczajenia zmodyfikował cienki portfel. Włosi wybierają tańsze restauracje, nawet "Chińczyka" i ograniczyli ilość jedzenia. Pod tym względem może kryzys wyjdzie im na zdrowie. Zresztą kuchnia włoska narodziła się z biedy - nic nie kosztuje mniej od pizzy i talerza spaghetti z sosem pomidorowym. Włosi potrafili jednak sprzedać swoje tanie przysmaki po wysokiej cenie na całym świecie.
Kolejny symptom degeneracji ekonomiczno-społecznej to degradacja historycznych centrów miejskich. Nawet w miastach turystycznych takich jak Rzym czy Florencja widać ogłoszenia "Sprzedam", "Wynajmę" wiszące na zasuniętych żaluzjach sklepów i na drzwiach wejściowych do kamienic. Ludzie chcą sprzedać mieszkania w centrum, by wyprowadzić się na peryferie lub pod miasto, gdzie życie jest tańsze. Ale i w wielu mniejszych miastach i małych miasteczkach, problem wyludnienia staje się coraz bardziej poważny, bo Włosi zaczęli masowo emigrować za granicę.
W coraz bardziej zaniedbanych centrach historycznych, na pięknych placach i na schodach zabytkowych kościołów oraz budowli, koczuje coraz więcej bezdomnych. I nie są to tylko polscy pijaczkowie, czy rumuńscy Cyganie. Wśród kloszardów żyjących na włoskich ulicach jest coraz więcej Włochów - starych i młodych.
Kryzys we Włoszech odczuwają również Polacy żyjący i pracujący tutaj. Opiekunkom zajmującym się starszymi i chorymi coraz trudniej jest znaleźć pracę, kiedy ją stracą. Większości Polek pracujących tu na tzw. "stałkach" (całodobowa opieka) czy sprzątających na godziny obniżono pensję. Kto chce tu jeszcze trochę popracować, akceptuje to, choć jest to już na progu opłacalności.
A Włosi? Emeryci, którzy mają zdrowie jadą przezimować do Indii, bo nie stać ich na życie we Włoszech, o wiele droższe od tego pod palmą na plaży w Goa. Młodzi wyjeżdżają do Londynu robić konkurencję na zmywaku Polakom i Bułgarom, a ci bardziej przedsiębiorczy wybierają Europę Wschodnią - bardzo chętnie właśnie Polskę - by założyć tu swój biznes. I bardzo sobie nasz kraj chwalą.

Przyczyny kryzysu

Czy aktualnej sytuacji we Włoszech jest winna tylko Wielka Recesja, która wybuchła w Stanach Zjednoczonych i niczym poważna choroba zakaźna zaraziła system ekonomiczny zjednoczonej Europy, atakując jej najsłabsze ogniwa? Nie. Państwa ekonomicznie chore były bardziej podatne na wirusy finansowe wolnego rynku niszczące ich gospodarkę. Do nich - oprócz Grecji, Hiszpanii i Portugalii, należą bez wątpienia Włochy, które w okresie powojennym, aż do 1987 roku, były piątą potęgą przemysłową świata po Stanach Zjednoczonych, Japonii, Niemczech i Francji.
Głównym problemem Italii jest kolosalny dług publiczny, który przekroczył już 2000 miliardów euro i wciąż rośnie. Dług ten rozrósł się właśnie w latach 80-tych ubiegłego wieku, gdy uprzemysłowione Włochy przeżywały swoją "złotą epokę". W okresie Pierwszej Republiki rządzonej na przemian przez chadeków Andreottiego i socjalistów Craxiego (a czasami nawet wspólnie). To w tym okresie, olbrzymie sumy z kasy państwowej były pompowane do zaprzyjaźnionych spółek prywatnych, wracając w części do partii politycznych pod postacią łapówek i czyniąc z przemysłu włoskiego giganta na glinianych nogach, niezdolnego później sprostać wyzwaniom globalizacji. Nadmierny dodruk pieniędzy doprowadził do galopującej inflacji, a ta w końcu do załamania ekonomiczno-politycznego Pierwszej Republiki.
Włochy, będące jednym z krajów założycieli Wspólnoty Europejskiej, do Unii Europejskiej w 1993 roku weszły już z poważnym obciążeniem w postaci swojego długu publicznego i słabości systemu gospodarczego. UE stała się dla tego kraju bronią obusieczną - z jednej strony wspólna moneta i struktury ponad państwowe broniły kraj przed skutkami dzikiej globalizacji, z drugiej ograniczały interwencjonizm państwowy i zmuszały wszystkie włoskie spółki do zdrowej konkurencji na terenie UE i na arenie międzynarodowej. Italia zaczęła tracić konkurencyjność w obliczu wolnego rynku. Brak reform strukturalnych i "moralnego" systemu państwa, podczas długiej, blisko dwudziestoletniej epoki Berlusconiego doprowadziło Włochy na skraj przepaści. Kuracja wstrząsowa ograniczająca się jedynie do cięć i oszczędności, zastosowana przez profesora Mario Montiego, wepchnęła kraj w niemal śmiertelną recesję. Dziś, za rządów Enrico Letty, wydaje się, że Italia z niej wychodzi. Nowy premier - choć daje zewnętrzne poczucie stabilności politycznej swojego państwa - nadal grzeszy całkowitą inercją, jeśli chodzi o reformy strukturalne.

Wszystkiemu winne euro?

"Od euro się umiera" - od lat powtarzał Włochom amerykański ekonomista i strateg Edward Luttwak, aż w końcu uwierzyli... W 2013 roku po raz pierwszy liczba obywateli przekonanych o tym, że ich kraj postąpił źle wchodząc do Strefy Euro i że powinien ją opuścić - zbliżyła się do 50%. Jeszcze w 2011 roku 80% Włochów było przekonanych o pozytywnym wpływie nowej monety na ich ekonomię, dziś aż 71% z nich uważa, że przez euro zbiednieli. Trudno się temu dziwić skoro gdy 1 stycznia 2002 roku, wspólna moneta europejska zastąpiła włoskie liry, co sprytniejsi Włosi zamiast zastosować oficjalny przelicznik (1,936 lirów = 1 euro) zastąpili 1000 lirów przez 1 euro, podwajając ceny niektórych produktów i usług oraz wzbogacając się kosztem innych współobywateli. Było to możliwe dzięki brakowi odpowiednich mechanizmów kontroli ze strony ówczesnego rządu.
Włochy nie były przygotowane do wejścia do Eurostrefy, a przynajmniej nie od razu.  Stąd pokusa, aby ją teraz opuścić, wrócić do własnej monety, odzyskać "suwerenność" bankową, dodrukowywać potrzebne pieniądze nie bacząc na inflację jak w starych dobrych czasach.
Jak wynika z pewnych niedyskrecji i spekulacji dziennikarskich już w 2011 roku premier Silvio Berlusconi, bez konsultacji z nikim, podjął tajne pertraktacje z innymi członkami Unii Europejskiej, aby umożliwić Włochom wyjście z Eurostrefy. Jak twierdzi włoska prawica - właśnie z tego powodu został zmuszony do dymisji, także pod wpływem polityki zagranicznej i zastąpiony przez "eurowiernego" Montiego. Dziś magnat telewizyjny,  - który pomimo definitywnego wyroku nie został jeszcze skazany na areszt domowy lub prace społeczne - nadal uprawia politykę, przyodziewając się w szaty największego eurosceptyka.
Także Beppe Grillo konkuruje z Berlusconim w eurosceptyzmie. W listopadzie ubiegłego roku, otwierając kampanię przedwyborczą Ruchu 5 Gwiazd do Parlamentu Europejskiego, przedstawił swój polityczny plan: opuszczenie Eurostrefy, powrót do lirów i stworzenie koalicji państw południowej Europy przeciwko dyktatowi niemieckiemu, zniesienie Fiscal compact, ustanowienie obligacji Eurobond i przyzwolenie na deficyt wyższy niż 3%. Grillo chce też ogłosić referendum, w którym Włosi wypowiedzą się czy są za, czy przeciw euro.
Dla zdrowo myślących Włochów wspólny, antyeuropejski front Berlusconiego i Grillo jest nowym horrorem. Także Europa przestrzega Włochy przed pochopną zmianą monety. Taki krok zdewaluowałby nowe liry przynajmniej o 40% w stosunku do euro, podnosząc jeszcze bardziej zadłużenie zarówno publiczne, jak i prywatne. Włoska klasa średnia zostałaby praktycznie zmieciona, stając się europejską biedotą. Obywatele żyjący dziś na skraju ubóstwa popadliby w nędzę. Tylko bogaci, którzy zabezpieczyli już gotówkę w walucie, w rajach podatkowych mogliby się wzbogacić w tej sytuacji i spać spokojnie. Reszta Włochów zostałaby w samych majtkach.

Agnieszka Zakrzewicz z Rzymu

Włochy podzielone na pół

Choć lewica oficjalnie wygrała, Prodiemu będzie bardzo trudno rządzić Włochami. Nie ma własnej partii, a jego koalicja jest bardzo niestabilna

Ostatnie wybory parlamentarne (9-10 kwietnia br.) pokazały, że Włochy to kraj podzielony na pół niczym jabłko. Połowa jest z Prodim, druga połowa identyfikuje się z Berlusconim. Bardzo wysoka frekwencja - aż 83,6% (a w niektórych małych miejscowościach na północy kraju nawet 98%) - potwierdziła, że dla Włochów były to najważniejsze wybory od czasów II wojny światowej. W Neapolu, w szpitalu San Leonardo, jeden z pacjentów wyszedł ze śpiączki i oznajmił zdziwionym lekarzom, że chce głosować.
Po raz pierwszy w historii, dzięki ustawie przygotowanej i przegłosowanej przez prawicę, w wyborach wzięli udział także Włosi rezydujący zagranicą. Z 2,7 mln włoskich emigrantów, którym przysługują prawa wyborcze, głosowało 42,07%. Jak się okazało - to oni mają decydujący wpływ na wyniki tych zawodów politycznych. Do urn wyborczych poszło blisko 90% żołnierzy włoskich, biorących udział w operacjach wojskowych w Iraku, Afganistanie i na Bałkanach.

Trudne zwycięstwo


Choć we Włoszech wygrała w końcu lewicowa koalicja Unia, zdobywając większość w Izbie Deputowanych i w Senacie, zwycięstwo to było prawdziwą drogą krzyżową dla jej liderów i dla Romana Prodiego. Tuż po zamknięciu urn, w poniedziałek, 10 kwietnia o godzinie 15, sondaż exit poll przeprowadzony przez instytut Nexus zaraz po wyjściu z lokali wyborczych przewidywał wiktorię lewicy - może nie druzgocącą, ale pewną.
Prodi zapowiedział triumfalne przemówienie na placu św. Apostołów, pod siedzibą Drzewa Oliwnego, na godzinę 18.30 - zaraz po pierwszych oficjalnych rezultatach z komisji skrutacyjnej, podanych przez Ministerstwo Spraw Wewnętrznych. Wieczorem miało się odbyć wielkie święto lewicy na Piazza del Popolo. Prognozy wyborcze przekazywane przez Nexus stały się jednak niepomyślne i zmusiły Prodiego do długiego milczenia. Huśtawka informacyjna, która w połowie wieczoru sugerowała remis, a później zwycięstwo prawicy, wywołała zimny pot na skroniach lewicowych liderów i uśmiech polityków prawicowej koalicji Dom Wolności. Jednak śmieje się ten, kto się śmieje ostatni...
Romano Prodi wyszedł do swoich wyborców, którzy oczekiwali na placu przez wiele godzin, dopiero o 2.51 w nocy, gdy zwycięstwo było pewne.
- Pora przewrócić kartkę, rozpocząć nowy rozdział. Musimy zjednoczyć Włochy, które są podzielone jak nigdy. Będę premierem wszystkich Włochów - powiedział. Szampany niestety przegrzały się w lodówkach i wielkie święto lewicy się nie odbyło. Przez moment Unia obawiała się oszustw w regionie Campania, gdzie podejrzewano, iż mafia nadzoruje liczenie głosów. Po interwencji u ministra spraw wewnętrznych, Giuseppe Pisanu, głosy zostały raz jeszcze przeliczone i to zdecydowało o zwycięstwie lewicy.

Łeb w łeb
W rezultacie w Izbie Deputowanych lewica wygrała, otrzymując 25.224 głosów więcej niż prawica. Obie koalicje uplasowały się niemal na równi - 49,7% poparcia wyborczego dla Domu Wolności i 49,8% dla Unii. Jednak w wyniku nowej i skomplikowanej ordynacji wyborczej - jaką Berlusconi zmienił tuż przed końcem kadencji parlamentarnej, przewidując korzyści dla siebie - wygrała lewica i otrzymała "premię większościową", czyli 341 foteli poselskich. 64 więcej niż prawica, która będzie miała 277 deputowanych. "Premia większościowa" pozwala lewicy na stworzenie rządu.
Koalicja lewicowa zdobyła przewagę również w Senacie, choć tu zdecydowanie wygrała prawica, otrzymując 50,2%, czyli 356 tys. głosów więcej niż lewica. Proporcjonalna ordynacja wyborcza z premiami większościowymi - nazywana "ostatnią sztuczką Berlusconiego" - przewiduje, że wygrywa ten, kto ma mniej głosów. O zwycięstwie Unii, która ma 48,9% poparcia wyborczego, przede wszystkim jednak zdecydowały głosy emigrantów włoskich, którzy będą mieli sześciu senatorów. I tak - Unii przypadnie 158 foteli senatorskich, a Dom Wolności zajmie 156. Większość skromna - wystarczy, że któryś z senatorów wyjdzie do toalety i może zmienić się los ustawy...
W tych wyborach Berlusconi poślizgnął się na skórce banana, którą sam podłożył. Magnat telewizyjny spodziewał się, że przegra w Senacie. Według jego kalkulacji, to on miał znaleźć się w sytuacji, w jakiej znalazł się Prodi - i dzięki wybiegowi "proporcjonalnej ordynacji wyborczej z premiami większościowymi" - miał raz jeszcze zająć fotel premiera. Przeliczył się jednak i padł ofiarą własnego cwaniactwa oraz populizmu. Choć w rzeczywistości prawica zdobyła więcej głosów niż lewica - w praktyce przegrała wybory.
Pierwsze kontestacje Domu Wolności nadeszły punktualnie. Na konferencji prasowej zwołanej 11 kwietnia Berlusconi powiedział: - Domagamy się weryfikacji anulowanych głosów, bo nie wierzymy w zwycięstwo lewicy. Jeżeli jednak się okaże, że lewica ma przewagę kilku tysięcy głosów, my nie możemy uznać jej zwycięstwa politycznego.
Paolo Bonaiuti, rzecznik prasowy byłego premiera, twierdzi, że aż 500 tys. kart wyborczych zostało anulowanych. Zaprzecza temu były szef MSW, Pisanu, który gwarantuje, że w tych wyborach została anulowana mniejsza liczba głosów niż w poprzednich. Pytanie "kto wygrał?" jest wciąż aktualne, bo we Włoszech powtarza się sytuacja, mająca miejsce w Stanach Zjednoczonych w 2002 r., gdy należało przeliczyć głosy na Florydzie, co przyniosło zwycięstwo George'owi W. Bushowi nad Alem Gore'em.

Berluskonizm

Zbyt wielu miało nadzieję, że wybory 2006 będą dla Silvia Berlusconiego tym, czym Waterloo było dla Napoleona. Po druzgocącej klęsce przewidywało się jego wygnanie polityczne - może nie na wyspę Św. Heleny, lecz do jego willi w Arcore. Włoska lewica przemieniła te wybory w referendum przeciwko Berlusconiemu - i niestety pod tym względem przegrała. Choć exit poll dawał dużą przewagę Unii, w rzeczywistości okazało się, że wielu Włochów zagłosowało na Berlusconiego i wstydziło się przyznać do tego po odejściu od urny.
Lewicy udało się wreszcie eksmitować magnata telewizyjnego z Pałacu Chigi, ale Silvio Berlusconi udowodnił, że jest liderem politycznym, który ma za sobą połowę elektoratu, a jego "partia-przedsiębiorstwo" Naprzód Włochy to największa partia polityczna w kraju, która otrzymała 24% głosów w Senacie i 23,7% w Izbie Deputowanych. "Berluskonizm" to fenomen, który już przeszedł do historii, bo jak powiedział Nanni Moretti w jednej ze scen swojego filmu "Kajman": - Berlusconi w ciągu 20 lat zmienił Włochów na swój obraz i podobieństwo.
Po tych wyborach, Pan TV (jak tu się o nim mówi) - choć znienawidzony przez drugą połowę elektoratu - jest koronowanym szefem opozycji i jeszcze długo będzie odgrywał główną rolę na scenie politycznej.
Były premier podczas kampanii wyborczej obraził publicznie swoich rodaków: - Mam nadzieję, że Włosi nie są takimi kretynami, aby głosować na lewicę.
To, co w wielu innych krajach skończyłoby się linczem wyborczym, we Włoszech przyniosło skutek odwrotny. W rezultacie na Berlusconiego głosowało wielu niezdecydowanych (w tych wyborach było ich aż 25%), a przede wszystkim klasa średnia i bogata Północ Włoch. Właściciel trzech prywatnych telewizji i specjalista od reklamy poprowadził doskonale swoją agresywną kampanię wyborczą, korzystając z rad Karla Rove'a (doradcy G.W. Busha). Najlepszy skutek przyniosły sterroryzowanie wyborców tym, że lewica chce podnieść podatki, i ostatnia populistyczna obietnica premiera: - Jeżeli wygramy, zniosę podatek od nieruchomości i od wywozu śmieci.
W końcu - jak twierdzi z goryczą Moretti - Włochom wystarczy, że mają telewizję i nie płacą podatków... I to jest berluskonizm.

Trudne zadanie przed Prodim

Choć lewicowa koalicja Unia oficjalnie wygrała, będzie jej bardzo trudno rządzić Włochami. Prodi, który nie ma własnej partii, to generał bez armii. Jego szeroka koalicja (lewica, katolicy, komuniści, radykałowie, zieloni i antyglobaliści), jest bardzo niestabilna i wystarczy kaprys któregoś z mniejszych sprzymierzeńców, aby rząd upadł. O rządzie porozumienia narodowego, jak w Niemczech, nie ma mowy, bo prawica i lewica są zbyt wrogo nastawione do siebie. Gdyby rząd Prodiego okazał się niestabilny, nie wyklucza się nowych wyborów, postulowanych przez Ligę Północną i Odrodzenie Komunistyczne - o tym może być jednak mowa dopiero na jesieni, bo w pierwszej kolejności trzeba przegłosować ustawę budżetową.
Włochy znalazły się na rozdrożu... Za 40 dni kończy się siedmioletnia prezydentura Carla Azeglia Ciampiego. Na 28 kwietnia jest przewidziane pierwsze posiedzenie Parlamentu, dzień później zostaną wybrani prezydenci Izby Deputowanych i Senatu. Włoski parlament w tej kadencji będzie bez wątpienia bardzo różnorodny i multikulturowy, bo partie polityczne postawiły na "barwne osobowości" spoza świata polityki i na obcokrajowców mających od lat obywatelstwo włoskie. Z listy Odrodzenia Komunistycznego zostali wybrani: Vladimir Luxsuria - znany transseksualista, który nie poddał się operacji zmiany płci, walczący o prawa gejów i lesbijek, oraz Francesco Caruso - lider antyglobalistów, który brał udział w rozruchach ulicznych podczas G-8. Luxsuria będzie fenomenem, jak niegdyś Cicciolina. Posłem z ramienia Drzewa Oliwnego jest muzułmanin Khaled Fouad Allam, intelektualista urodzony w Algierze, który od lat wykłada na Uniwersytecie w Trieście i pisze dla dziennika "La Repubblica". Komuniści wystawili również kandydaturę Ali Rashida - byłego rzecznika Autonomii Palestyńskiej, a Zieloni - Amiantę Fofana z Gwinei, która będzie pierwszą ciemnoskórą parlamentarzystką włoską. Radykałowie wpisali na listę wyborczą Oliviera Toscaniego - słynnego fotografa reklamowego, a partia Antonia Di Pietra - Frankę Ramę, znaną aktorkę, pisarkę i żonę noblisty, Daria Fo. Także Giulia Bongiorno - adwokat, która doprowadziła do uniewinnienia senatora Andreottiego od ciężkiego oskarżenia o powiązania z mafią, zostanie posłanką z ramienia prawicowej partii Sprzymierzenie Narodowe.
12 lub 13 maja odbędzie się nadzwyczajne posiedzenie włoskiego parlamentu, podczas którego zostanie wybrany nowy prezydent Włoch. Ciampi ma duże szanse na poparcie zarówno ze strony lewicy, jak i prawicy - nie jest jednak chętny do powtórzenia długiej kadencji. Dopiero nowy prezydent Włoch powierzy Prodiemu zadanie utworzenia nowego rządu. Do tego czasu, przez miesiąc, we Włoszech może się jeszcze wydarzyć wiele rzeczy.


Agnieszka Zakrzewicz
2006-04-18,
Tygodnik Przedląd, Numer: 16/2006


WŁOCHY - Krajobraz przed wyborami


Włoski magnat telewizyjny Silvio Berlusconi w tych wyborach gra o wszystko. Jeżeli wygra - otworzą się przed nim drzwi do prezydentury Włoch. Jeżeli przegra - stawką będzie polityczne przetrwanie, które musi sobie zapewnić jako lider opozycji.

Swoją kampanię wyborczą Berlusconi rozpoczął 9 stycznia - równo trzy miesiące przed wyborami. Tak mu poradził Karl Rove - amerykański doradca polityczny, który miał się przyczynić do tego, że George W. Bush został wybrany na drugą kadencję. Silvio prosił go o rady osobiście i Karl przysłał mu specjalistów, którzy przed świętami gościli w luksusowej willi włoskiego premiera w Arcore.
Nową strategię widać, choć nie jest powiedziane, że będzie ona skuteczna. Berlusconi w tej kampanii z jednej strony stał się „bardziej ludzki”, z drugiej - wybitnie ofensywny i nastawiony na grę w ataku. - Walić w przeciwnika bez ustanku. Nie pozwolić mu na chwilę wytchnienia. Cios za ciosem, aż do KO politycznego! - to słowa Karla Rove'a.

Komuniści jedzą dzieci

Tym razem na ulicach Włoch nie było wielkich reklam z uśmiechniętym Berlusconim i przedwyborczymi obietnicami: „Mniej podatków dla wszystkich”, „Mniej wypadków drogowych”, „Bezpieczne miasta”, „1.000.000 nowych miejsc pracy”, itd. - którymi kandydat na premiera zalał kraj w 2001 r. - i dzięki którym wygrał poprzednie wybory. Ich miejsce zajęły hasła podkreślające negatywne skutki ewentualnej wygranej lewicy: „Imigracja bez ograniczeń? - Nie! Dziękujemy!”, „Więcej podatków? - Nie! Dziękujemy!”.
Berlusconi zaczął pojawiać się we wszystkich programach telewizyjnych przynosząc ze sobą wykresy ilustrujące osiągnięcia jego rządu. Zaprzestał jednak tej techniki, gdy Diego Della Valle - znany i ceniony biznesmen - powiedział mu podczas programu telewizyjnego: „Silvio przestań pokazywać rysuneczki, bo Włosi to nie dzieci i nie idioci”.
Największą nowością tej kampanii wyborczej były jednak debaty telewizyjne „twarzą w twarz”. Berlusconi unikał ich przez 10 lat po tym, jak przegrał pojedynek telewizyjny z Romano Prodim w 1996 r. Do zmiany strategii przekonali go amerykańscy doradcy, którzy podyktowali też zasady - pytania i odpowiedzi mierzone z zegarkiem w ręku i zgodnie z zasadami „par condicio”, czyli z dziennikarzami w roli sędziów. Premier pojedynkował się przed kamerami ze wszystkimi liderami lewicy, co miało uczynić go w oczach włoskich wyborców bardziej ludzkim. Najważniejsze były jednak dwa spotkania z Romano Prodim. Ostateczny bój miał miejsce 3 kwietnia w programie „Drzwi w drzwi”. Pojedynek był zrównoważony, choć Prodi wykazywał nadmierny optymizm, a Berlusconi - zdenerwowanie. Nie obeszło się bez upadku stylu. Prodi porównał przeciwnika z pijakiem, który trzyma się latarni, a Berlusconi powiedział, że ma nadzieje, iż Włosi nie są aż takimi kretynami, aby głosować na lewicę. Jego słowa wywołały lawinę SMS-ów i e-mailów wysyłanych do znajomych: „Ja jestem kretynem”.
Zgodnie z radami Karla Rove'a, Berlusconi atakował lewicę oraz straszył swoich rodaków, że wygrana Prodiego spowoduje nastanie komunizmu i podwyższenie podatków. Silvio tak się rozpędził w demonizowaniu komunizmu, że podczas konferencji prasowej powiedział, że „chińscy komuniści zabijali dzieci, a ich zwłoki były używane jako nawóz”. Kolejna gafa włoskiego premiera spowodowała protesty ambasady Chin w Rzymie.

Umowy premiera

Cofnijmy się na chwilę w przeszłość. 8 maja 2001 r., po wygranych wyborach i przed kamerami telewizyjnymi, nowy premier-biznesmen podpisał „Kontrakt z Włochami” – w formie regularnego aktu notarialnego, w którym zobowiązywał się do tego, że zmniejszy podatki i liczbę przestępstw, zwiększy emerytury, zatrudnienie oraz inwestycje publiczne. Ostatni punkt tej umowy przewidywał, że jeżeli się z niego nie wywiąże, nie będzie kandydował w następnych wyborach. W to Włosi nigdy nie wierzyli...
Choć Berlusconi zapewniał w kampanii wyborczej, że Włochy za jego rządów stały się krajem płynącym mlekiem i miodem oraz że wywiązał się z umowy - rodacy powątpiewają. Większość obywateli, która wierzyła w 2001 r., że magnat telewizyjny, jako najlepszy włoski biznesmen, będzie kierował dobrze „firmą Italia”, dziś jest rozczarowana. W rozmowach ulicznych ludzie skarżą się, że ceny poszły w górę i że z trudnością wiążą koniec z końcem. Prawicowy rząd przedstawia dobre wyniki gospodarcze i twierdzi, że obywatele kupili więcej telefonów komórkowych, samochodów i mieszkań. Włosi czują jednak, że zubożeli w ciągu 5 lat berlusconizmu. Statystyki to potwierdzają.
W 2001 r. wzrost gospodarczy był na poziomie 1,7 - dziś jest na poziomie 0,2, czyli praktycznie żaden. Zadłużenie publiczne wzrosło z 1,348 mld do 1,542 mld euro. Spadła produkcja przemysłowa i wskaźnik wzrostu zatrudnienia - z + 2,0 do + 0,9. Choć prawicowy rząd zmniejszył podatki, presja fiskalna jednak wcale nie zmalała. Italia stała się krajem mało interesującym dla inwestorów zagranicznych i zaczęli ją omijać nawet turyści, bo jest tu bardzo drogo. Aż 51 % Włochów deklaruje, że w tym roku nie udało im się nic zaoszczędzić. Tylko banki są zadowolone, gdyż wzrosła liczba pożyczek. Zadowolony jest na pewno także Silvio Berlusconi, bo w rankingu 500 najbogatszych ludzi, opublikowanym przez „Financial Times", przesunął się z 29. miejsca na 25.

Królik z kapelusza

Ostatnie sondaże ogłoszone na tydzień przed wyborami dawały 5 pkt. przewagi koalicji lewicowej Unia kierowanej przez Prodiego. Wynikało z nich również, że aż 1/3 Włochów jest niezdecydowana na kogo głosować. Obaj liderzy wiedzą, że tak wysoka liczba wahających się wyborców może przeważyć szalę zwycięstwa na każdą stronę.
Podczas poniedziałkowego telewizyjnego „face to face" z Prodim, w swoim ostatnim apelu do Włochów Berlusconi powiedział, że jeżeli wygra wybory, zniesie podatek od mieszkania własnościowego – tzw. IMU. Obiecał również emerytom, którzy przekroczyli 70 lat, że da im Złotą Kartę uprawniającą do niepłacenia za telewizję publiczną i do gratisowej jazdy pociągami oraz do bezpłatnego uczęszczania do kina, teatru i na mecze piłkarskie.
Czy 70-letniemu Berlusconiemu, który nie chce przejść na emeryturę i dzięki chirurgii plastycznej wcale się nie starzeje, pomoże królik wyciągnięty z kapelusza? Rok temu, w wyborach amerykańskich, sondaże faworyzowały początkowo demokratę Johna Kerry'ego, a wygrał republikanin George W. Bush.

Agnieszka Zakrzewicz z Rzymu
TRYBUNA